Mgła, Lvcifyre, Bestial Raids – Klub Progresja, Warszawa (1.05.2017)

mgła

To był droga majówka, całe szczęście, że nie tylko dla mojego portfela. Koncert Mgły dostarczył emocji bogatych w witaminy, ale i również w trudno dostępne minerały. Doprawdy niewiele jest kapel, które równie starannie i głęboko penetrują black metalowe tereny pokryte przez tak grubą warstwą lodu. Ale zanim zaprzęgiem ruszyłem w głąb mroźnej krainy, potrzebna była dobra rozgrzewka, która pobudzi układ krwionośny. Zapewnić ją mieli panowie z Bestial Raids i Lvcifyre.

I jeśli drugi zespół dobrze wywiązał się z tego zadania to pierwszy skonał na przedpolu. Bestial Raids zaproponował sterylny w swej wymowie metal, w którym to schematyzm goni reumatyzm. Ciężko jest odnaleźć w tej muzyce punkty zaczepienia, które mogłyby uruchomić lawinę ekscytacji. Panowie zagrali jednowymiarowo, prowadząc narracje w przystępny, ale mało wyrazisty sposób. Najbardziej w uszy kuły fragmenty war metalowe, które niestarannie i bez żadnego znieczulenia zostały wykrojone z płyt Blasphemy. To boli, bo na tak mocno „chrzczonym” paliwie nie zajedzie się za daleko. O niebo lepiej zaprezentowali się Anglicy z Lvcifyre. Najbardziej cieszy fakt, że muzyka grana była na wysokich obrotach, a kapela nie zapomniała o stawianiu kropek nad i. Dobrze wyważone akcenty death metalowe toczyły mulistą, black metalowa krew. Zespół pokazał, że potrafi w pełni przytomny sposób składać zdania muzycznie złożone, które nie ranią słuchacza nieprzystającymi krawędziami stylistycznymi.

Z dziesięć, może dwadzieścia minut później…

To nie był długi koncert, raptem niecała godzina, ale tego można było się spodziewać. Ten występ był zaprogramowany od początku do samego końca. To niesamowite jak sprawnie działa ten zespół, jak świadomie osadza nuty. Na tak ogromny sukces niełatwo było znaleźć odpowiedni przepis, ale w przypadku Mgły ascetyzm pozwolił szerszej gawiedzi w pełni przełknąć szorstkie rysy black metalu. Mikołaj i reszta kompanów zdają sobie sprawę z tego, że nie wystarczy ciekawy riff, by kompozycje móc uznać za w pełni udaną. Oni starają się ubarwić swoje nuty na kilku płaszczyznach. Ile jest zespołów które tworzą tak ciekawe melodie, jak te które okalają „With Hearts Toward None VII”. To właśnie ten utwór rozpętał pod sceną największe pogo. Ale po drodze było jeszcze kilka momentów świadczących o wielkości tej kapeli. W kawałku „Mdłości II” aura mistycyzmu, napędzana przez paraliż dźwiękowy wprost zniewalała, a silna nić porozumienia sekcji rytmicznej z gitarą zaostrza apetyt na końcowe meritum. Na apogeum, na które czeka się z niekrytą wprost przyjemnością. Kapeli w tym utworze udało się uderzyć w sedno black metalu, bez okazywania przerysowanych czułości. Na scenie grają w sposób stateczny, ale niezwykle skuteczny. Dla mnie jest to w pełni zrozumiały zabieg. Czy warto uprawiać dodatkowa prace fizyczną kiedy to muzyka wychodzi poza granice cielesne?

Rosk – Miasma

a1635565222_10Przy „Miasma” można umierać cicho i dostojnie, bo żadna konwencja nie chroni słuchacza przed tak dobrze zagranym sludge metalem. Choć nazwa gatunkowa głównego szkodnika jest znana, to na nic zdaje się szczepienie ochronne, kiedy w powietrzu daje się wyczuć pełno aerozoli post rockowych. Ten album skonstruowano tak by pole rażenia nie zaogniało konfliktu na granicy stylistycznej. Wymowa tej płyty jest zgodna z mocną linią programową, która przywodzi na myśl Cult Of Luna, znajdziemy też tu sporo demoralizujących czynników spod znaku black metalu.

Warszawiacy, jak na debiutantów budują klimat z wielkim wyrachowaniem. Z mocnych akcentów potrafią poprzez szereg uspokajających, eterycznych manewrów przenieść się na post rockowe tereny. Tutaj czasami mam kłopoty by zrozumieć język, jakim posługuje się zespół Rosk. Są chwilę, że nie do końca pojmuję ich założenia. Dzieje się tak być może dlatego, że za często słyszę w tym ech Isis i to raczej z okresu końca ich kariery, niż całkiem niezłego początku. Z całą pewnością w tej materii widać pewne luki, ale też możliwość do ewentualnego rozwoju i zaskoczenia słuchacza czymś niekonwencjonalnym i daj Bóg psychodelicznym. Skupmy się więc może na sekwencjach, w których zespół emanuje agresywnym zachowaniem. Pierwszy i zarazem najlepszy wybuch wściekłości następuje w połowie In Nomine Pestis. Panowie promują sludge metal dosadny, którego podstawą jest sekcja rytmiczna. Ale akurat w tym wypadku największe słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów. To właśnie gra ich wioseł aktywuje tonację, na którą moje ucho ma ewidentne parcie. W tym kawałku kapeli udaje się także utrzymać odpowiedni balans pomiędzy agresją a subtelnymi motywami. O podobnych walorach można mówić przy okazji ponad 20-minutowego „Beneath the Light”. Wydaje się, że Panowie miejscami grają trochę na czas, ale nie są to nachalne, marketingowe posunięcia. Od tej muzyki na pewno nie dostaniemy odleżyn, „Miasma” to debiut na wysokim poziomie.

 

Furia – Księżyc Milczy Luty

a0066979887_10

Ta płyta wymusza na człowieku pewien rodzaj oprzytomnienia. „Księżyc Milczy Luty” to dziwaczny miks prawd o rześkich i bujnych melodiach. Mocno zróżnicowane aranżacje poszczególnych utworów o dziwo nie zakłócają brzmienia nut, a raczej pozwalają im świadomie rozpłynąć się w żarze black metalu.

„Księżyc Milczy Luty” to czarne złoto, które łatwiej jest przyswoić, gdy umysł zdemoralizowany. Furia to zespół świadomych konstruktorów, który wyzbył się odpowiedzialności i na usługach Wszechświata wznosi się ponad gatunek, z którego wyrósł. Cykl decyzji podjęty został tutaj z pełnym zaufaniem do swoich umiejętności. Zdecydowanie, z jakim Ślązacy łączą ze sobą wydawać by się mogło niekompatybilne podzespoły, jest godne podziwu. Esencją tego albumu są jego wolne i klimatyczne momenty, w których daje się doszukać lekkiego podmuchu psychodelicznego pyłu, wypełnionego post rockowymi detalami. Na tej podbudowie wyrazisty i radykalny strój gitar pozwala zaspokoić najróżniejsze, te najbardziej pokręcone potrzeby słuchacza. To album z rodzaju tych, które ożywia ciało i duszę, rozciągając przy tym nowoczesne w swej wymowie widoki na przyszłość.