P*I*G – The Impulse Church

10fuckingstars-wordpress-com6„The Impulse Church” to płyta, przy okazji której oddychanie pełną piersią to zadanie ciężkie do zrealizowania. Jest to album, który przy pierwszym kontakcie bardziej odrzuca, niż daje nadzieję na pełne zrozumienie. P*I*G oprowadza słuchacza po opuszczonym kościele, w którym to ostały się stare industrialne liturgie. Jednak zanim na dobre przystąpimy do ich odczytu, pojeni jesteśmy winem z domieszką, nieco niezrównoważonych neofolkowych nut smakowych. To ten rodzaj „zanieczyszczeń”, który może powodować halucynacje. Omamy spowodowane mogą być również tym, że sklepienia stylistyczne łączą się bardzo wysoko, gdzieś na granicy muzycznej abstrakcji, do której należy przywyknąć. Ten album jest pełen niespodzianek. Zdarza się wszak i tak, że gitara przybiera quasi noisowe tony, pod naporem których spróchniałe belki toczą drobinki kurzu na syntezatorowe plamy. Jakub-Monika Lampart, który odpowiedzialny jest za wszystkie dźwięki spowijające to wydawnictwo, dobrze wie jak korzystać z dark ambientowych, powłóczystych, nieskoordynowanych naleciałości. Ukrył je w zakamarkach kompozycji nadając im kształt powoli nacierających impulsów. Czasami kłuje to w uszy, czasami wprawia w ekscytację. Oddzielając jednak ziarno od plew, bardzo szybko można zrozumieć, że tego pierwszego jest na płycie zdecydowanie więcej. Uczciwa robota niepozbawiona znaków szczególnych.

 

Silberman New Quintet – Pieśń Gęsi Kanadyjskich

silberman_new_quintetTen album wyhodowany został na paszy o wysokiej wartości odżywczej. Silberman New Quintet to formacja, która czerpiąc z jazzowej estetyki, potrafi zadbać o to, by ilość komponentów w karmidłach była odpowiednio wyważona. Panowie postarali się przy tym o bardzo równomierne rozprowadzenie rockowej treści, która dodaje tej płycie niezwykłej dozy chwytliwości. „Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to album, który z każdym kolejnym odsłuchem coraz to mocniej tuczył we mnie wrażenie, że oto obcuję z najlepszą polską płytą jazzową tego roku.

Zespół do niedawna funkcjonował jako trio, teraz poszerzył swój skład o kolejnych dwóch muzyków. Oprócz znanych z poprzednich wydawnictw: Łukasza Stworzewicza (perkusja), Mateusza Gawędy (fortepian) i Jakuba Mielczarka (kontrabas) na najnowszej płycie tej formacji można usłyszeć również Macieja Obara (saksofon altowy) i Artura Kudłacika (gitara basowa). Już przy okazji pierwszego utworu – „Ozjusz”, od razu wyczuwa się, że koncepcja „pogrubienia” brzmienia to bardzo słuszna droga rozwoju dla tej formacji, która toruje przed nimi spektrum nowych możliwości. Na przestrzeni tych czterdziestu minut, jakie trwa ten album, kapela podsuwa pod ucho słuchacza motywy, których Komeda by się nie powstydził. Są to akcenty wyważone, stanowiące raczej delikatną przyprawę podkreślającą smak poszczególnych kompozycji. Zdarza im się za to podjąć niemal w całości „Temat miłosny z La Strada”, nanieść na niego kilka rozbudowanych dialogów instrumentalnych, nasycić klawiszami, a to wszystko bez gubienia wcześniej podjętych tropów i bez żadnego uszczerbku dla myśli przewodniej. A przecież nie można zapominać o tym, że pomiędzy tymi kawałkami są jeszcze cztery równie ponętne utwory. Szczególną sympatią darzę chyba najbardziej pikantny „Wołanie, czekanie, szukanie”, w którym to do głosu dochodzi kontrabas i zalicza kilka niezwykle urozmaiconych przejść i pomruków odbijających się szerokim echem na reszcie muzyków. Za to w kawałku „Czeladnik” kapela ucieka w free jazzową niesystematyczność. Daje się w tym wyczuć swobodę improwizacji, która nie jest nacechowana nachalnym wpychaniem stopy między drzwi. Z podobnych swobód Panowie korzystają w utworze tytułowym, gdzie w pełni świadomie operują kontrastem muzycznym pomiędzy drapieżnym rockiem a w pełni wyrachowanym jazzem, uzyskując tym samym fusion, po którym można tylko dziób rozdziawić. „Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to muzyka wyrazista, zagrana przez artystów, którzy doskonale poruszają się po szerokim spektrum stylistyk. Silberman New Quintet z każdym kolejnym albumem przybiera na wadze. Cieszyć się można, że tak szybki przyrost mięśni nie wiązał się z kastracją swojej unikalnej natury.

BNNT – Multiverse

bnnt-front-1500W muzyce, tak jak w życiu, nie brakuje hazardzistów. BNNT, to rasowy gracz, któremu ciężko jest udowodnić blef, tym bardziej, że na „Multiverse” kapela obiera ton prosty, suchy, ale przy tym nad wyraz precyzyjny. Ekscentryczność jest tutaj szyta raczej cienkimi nićmi, a główny nerw tej muzyki jest wyczuwalny instynktownie. To płyta pełna złudzeń, na które w ostatnim czasie jestem bardzo łasy, z którymi naprawdę przyjemnie jest obcować i to pomimo tego, że są one zazwyczaj umiejscowione na granicy sporadycznego napięcia.

Panowie zachowując rytmiczną ciągłość, utrzymując wewnętrzna dyscyplinę, paradoksalnie potrafią utrafić w sedno muzycznej łobuzerki. Stawiają na mantryzm, w którym nie próbują maskować swoich braków, tylko je dodatkowo rozchwiać na boki i rozwarstwić, by na samym końcu utopić w kraut rockowym brudzie. W tym miejscu ponarzekać można trochę na nieco skostniałe użycie elektroniki, ale jest to ten rodzaj grzechu, który nie ma wpływu na wymowę całości. Tym bardziej, że BNNT to zespół, który nadal umiejętnie potrafi igrać z noise rockiem. Robi to tym razem w sposób bardziej awangardowy, niż miał w zwyczaju. Zdarza im się wpuścić słuchacza w repetytywne maliny, a jak dobrze wiadomo, smak takich owoców docenia się z czasem. To wszystko z wyczuciem celu, a nie tylko dla samej zasady. Przy okazji tej płyty Konrad Smoleński i Daniel Szwed wyzbywają się resztek poczucia wstydu. Kiedy już koło obrotowe ruletki ruszy na dobre, przestają myśleć, zaczynają działać niemal podświadomie, a każdy ich kolejny dźwięk zostaje pogłębiony przez następny. Ten krążek to przykład na to, że umowna leniwość też może pobudzać zmysły, tym bardziej jeśli poparta jest atutami mocno okopanymi w muzycznej hipnozie. Z gitarą barytonową na czele, która rzuca na pokuszenie kilka soczystych, przesterowanych post rockowych fraz, by po chwili schować się za perkusją. Zestaw za którym zasiada Szwed nie należy może do najbardziej rozbudowanych, ale gdy wyrabiasz normę na takim sprzęcie, to raczej powód do dumy, niż do wstydu. Podobnie sprawy się mają z saksofonem Matsa Gustafssona, który mimo tego, że występuje tutaj gościnnie, podbija stawkę, rzucając na stół żetony o wysokim nominale. „The Last Illiterate” najlepiej dowodzi, że zna się on na rozbudowanych podziałach matematycznych. W żadnym razie nie jest to przekręt pod publikę. Skandynaw w trymiga chwycił konwencję zespołu i nie robi tutaj za podwykonawcę, ale za gracza w pełni świadomego rozwoju sytuacji na muzycznej planszy. Jego jazgotliwe partie to bardzo uczciwe dopełnienie tego skomasowanego krążka.

 

 

 

Merkabah – Milion Miles

a2159973640_10Na „Million Miles” nie tylko chwile są piękne, ale i całe ciągi zdarzeń. Panowie tym albumem wypływają na otwarte morze. Na takich wodach, by czuć się w pełni bezpiecznie, nie wystarczy pełen magazynek, czy też biegłość instrumentalna. O wiele ważniejsza jest płynność z jaką poszczególni muzycy poruszają się między zawiłymi strukturami. Merkabah to zespół, który na przestrzeni ostatnich lat w tym względzie poczynił ogromne postępy. Z nieco nadsterownej łajby przeistoczył się w okręt zgrabnie poruszający się między metalową strukturą a free jazzem.

Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl po przesłuchaniu tej płyty to zrównoważenie. Ten album, jako całość, to twór barczysty i postawny, taki, który budzi respekt. Na szczególne wyrazy uznania zasłużyła sekcja rytmiczna, która wykazuje się tutaj niemal militarną precyzją. Warszawiacy to wachta, która z niejednego dzbana rum piła, co wcale nie oznacza, że zawodowo zajmują się szmuglowaniem cudzych pomysłów. Oczywiście zdarza im się czasami zacumować w strefie wpływów King Crimson, ale robią to w sposób twórczy, próbując odnaleźć nowe wątki, które pasowałby pod ich metalowy kadłub. O tym, jak dosadnym i jędrnym w swojej grze jest perkusista – Kuba Sokólski, chyba nie trzeba już przypominać. To on nadaje tej muzyce odpowiedniej dynamiki, wykorzystując do tego swoją niezwykłą zwrotność, potrafi uwypuklić partie gitary, czy też kotwiczyć maniakalne frazy saksofonu. Solowe popisy Rafała Wawszkiewicza często przywodzą na myśl te grane przez Jørgen’a Munkeby z Shining. Szczególnie widoczne jest to w momencie kulminacyjnym utworu „The Lion’s Throat”. Riffy to też wyższa szkoła patroszenia, chociaż zapewne niektórym może w tej kwestii brakować większej ekscentryczności. Tym niemniej, warto jest docenić starania muzyków Merkabah, którzy z płyty na płytę stawiają na ciągły progres i do swojego repertuaru wrzucają nowe rozwiązania. Kapela zapędza się na coraz to bardziej rozszalałe morza, na których wielu poległo. „Milion Miles” to album, na którym daje się wyczuć coraz to większą rolę elektroniki. Jest to bardzo udany zabieg, który wydaje się otwierać przed kapelą łańcuch nowych możliwości. I choć Panowie nie odnaleźli jeszcze swojej skrzyni złota, to zainicjowali szereg przygód, które mogą przysporzyć wypieków na policzkach słuchacza i nie jest to efekt zbyt dużej ilości rumu, a przemyślanych i świadomych wyborów.

 

 

Anima Damnata – Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast

a2629134691_10Patrząc na polską ligową tabelę zespołów metalowych to Anima Damnata od zawsze sytuowała się w moim osobistym rankingu gdzieś lekko nad strefą spadkową. Na przestrzeni każdej ze swoich płyt potrafili oni rozegrać szybką kontrę, czy też pokusić się o kilka koronkowych akcji wyprowadzonych przez sekcję rytmiczną, co skutkowało tym, że w słuchaczu nie buzowało napięcie związane z uczuciem utraconego czasu. Po dziesięciu latach od ostatniego albumu, wracają z dźwiękami, które sytuują ich w gronie faworytów do mistrzostwa za rok 2017.

Ten awans to zasługa przede wszystkim dalszej i pogłębionej pracy u podstaw rytmiki. Panowie swoje atuty wykorzystują na całej szerokości muzycznego boiska. Kapela stawia tutaj zasieki, stosując wysoki pressing na słuchaczu, więc jeśli już zdecydujesz się posłuchać tej płyty szykuj się na to, że będziesz notorycznie poniewierany przez sekcję rytmiczną. Perkusista to gracz, który nogi, a właściwie nóg nie odstawia siejąc spustoszenie w środkowej strefie boiska. Jest to postać centralna dla całego widowiska, swoje postulaty intonuje w sposób dobitny, donośny i w pełni klarowny. Technikę użytkową stawia nad efekciarstwo. Każdy trener chciałby mięć w swoich szeregach takiego gracza, który potrafiłby dyktować tempo nie przesadzając z ozdobnikami. „Nefarious Seed Grows To Bring Forth Supremacy Of The Beast” jako całość jest albumem o niezwykle zwartej konsystencji, a moc bezwzględna została tu uwypuklona przez produkcje za która był odpowiedzialny M z Mgły. Udało mu się nadać tej płycie ordynarnego brzmienia do tego stopnia, że ciężko jest znaleźć słabe punkty tego wydawnictwa. Tym bardziej, że Necrosodom z solidnego ligowca wspiął się na „international level„, a jego gitara rządzi na skrzydłach niepodzielnie. Potrafi on jednym riffem, przenieść środek ciężkości z dala od wszelkich podejrzeń. Oczywiście zdarza mu się czasam zgapić niektóre wzory zachowań jak ten z utworu „Your Life Is Cursed” który może budzić skojarzenia z Deicide, ale potrafi też przy tym dla niepoznaki dodać kilka black metalowych fraz pełnych delirki. Szaleństwa niektórym może za to brakować w jego solowych wycieczkach po gryfie. Z drugiej strony warto jest w tym miejscu przytoczyć słynne piłkarskie przysłowie „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Anima Damnata po prostu świadomie korzysta ze swojego doświadczenia, to bardzo ważne jeśli myśli się o grze o najwyższe cele. To ekipa skrojona pod zdobywanie najcenniejszych pucharów, stać ich na to!