Wywiad: Jarek Marciszewski (Popsysze)

popsysze!

Na początek delikatnie: skąd pomysł na wspólne granie?

Graliśmy wszyscy wcześniej w zespole Towary Zastępcze, a jeszcze wcześniej osobno w innych składach trójmiejskich. Już podczas grania zanim powstało Popsysze wiedzieliśmy, że dobrze się rozumiemy muzycznie i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Chcieliśmy też spróbować też czegoś dla nas nowego. Rockowe Power trio było idealnym pomysłem na początek i tak zaczęliśmy grać proste piosenki z tendencją do ich rozwijania w różnych kierunkach.

Czy to już koniec zabawy ze słowem „pop”, które przyozdabiało nazwę waszych poprzednich albumów?

Tego jeszcze nie wiemy w Popsysze nic nie jest na 100 % na dzień dzisiejszy myślę, że ten rozdział jest zamknięty. Dwie pierwsze płyty pomimo pewnych różnic były mocno piosenkowe, zawierały w sobie „pop”. Na trzeciej płycie już tego nie ma albo jest bardzo mało. Ciężko mi teraz powiedzieć jaka będzie nasza następna płyta.

Pomorze – czyli z jednej strony woda z drugiej drzewa. Czujecie się bardziej ludźmi lasu czy morza?

To pewnie jest pytanie do każdego z nas. Ja chyba bardziej czuję się człowiekiem lasu. Lubię kontakt z przyrodą we wszystkich jej postaciach ale las jest dla mnie bardziej zagadkowy i dynamiczny. Kocham też morze, ze względu na przestrzeń i siłę. Reasumując w Popsysze jest morze i las.

Przyznam, że słuchając „Kopalino” nie byłem do końca przekonany do waszej muzyki. Koncert rozwiał we mnie wszelkie wątpliwości i dałem się kupić w całości. Od premiery albumu minęło już trochę czasu, czy wyczuwasz na płycie jakieś niedociągnięcia, które byś poprawił?

Kopalino” to pierwsza płyta, z której jesteśmy w pełni zadowoleni. Nie ma tam utworu, w naszym odczuciu zbędnego. Z drugiej strony oczywiście słyszę już rzeczy, które bym poprawił albo zmienił. Teraz słyszałeś ten materiał na żywo, wydaje mi się, że jest trochę bardziej ograny i „oswojony”. Pojawiło się też więcej swobody i zabawy formą. Większość płyty poswatała w Kopalinie, więc nie było tam już czasu na swobodne zostawianie przestrzeni otwartych. Dużo utworów tworzyliśmy w ciągu jednego tygodnia, udało nam się nagrać dość zamknięte formy, które teraz na nowo „psujemy”. Brzmieniowo też uważam, że mogliśmy klika rzeczy zrobić inaczej. Ale podczas nagrywania najważniejsze było uchwycenie atmosfery domku, w którym graliśmy i myślę, że się nam udało.

Pojawiło się kilka recenzji waszej nowej płyty czy jest jakiś komplement który was ujął szczególnie? A może zauważasz jeszcze jakieś atuty, o których jeszcze nikt nie wspomniał?

Mam wrażenie, że recenzenci odkryli główny zamysł płyty. Zastanawialiśmy się jak zostanie potraktowana trzecia płyta, która zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich. Czytając recenzje odnoszę wrażenie, że jest to dobrze odbierane. Bardzo zależało nam na uchwyceniu miejsca, w którym nagrywana była nasza płyta i mam wrażenie, że to się udało. Nie wiem czy wszystkie aspekty zawarte na płycie zostały wspomniane, ale to już każdy może odkryć indywidualnie.

Jak wygląda proces twórczy w przypadku grania w Popsysze?

Z reguły ja przynoszę pomysł i potem wspólnie nad nim pracujemy, ale na płycie są też dwa utwory Sławka Draczyńskiego. Utwór zawsze bardzo się zmienia w procesie twórczym, zdarza się, że radykalnie zmieniamy aranżacje. Bywa też tak, że po zrobieniu utworu decydujemy, że nie znajdzie się na płycie. Tak samo było podczas tej sesji, ale utwór odrzucony gramy na koncertach. Bardzo ważna jest też dla nas improwizacja, nawet jeżeli nie powstają z tego utwory staramy się ją wpleść w pewnych fragmentach.

Czy macie biznesplan na rozwój brzemienia i form utworów?

Mamy jakiś pomysł na utwór albo płytę jako całość. Potem różnie bywa z ich realizacją, czasami idziemy w zupełnie innym kierunku, ale potrzebna jest nam baza, na której możemy pracować albo na podstawie, której zrobimy coś innego. Na pewno ważny dla nas jest aspekt brzmienia jak najbardziej naturalnego, zbliżonego do koncertów. Dlatego wszystkie nasze płyty zostały nagrane na setkę.

A którą część procesu wydania płyty lubisz bardziej – nagrywanie czy koncertowanie?

Lubię obydwie, bardzo lubię też nagrywanie. Ale moją ulubioną częścią tworzenia muzyki są zdecydowanie koncerty.

Jesteś w stanie wymienić wykonawców, którzy mieli na was największy wpływ?

Dla mnie zawsze była to Ścianka ale też muzyka afrykańska tj: Ali Farka Toure czy Tinariven. Poza tym ważne dla mnie zespoły podczas nagrywania tej płyty to: Slint, Kristen, Toe, Horse Lords, Moondog czy Pond.

Za chwile dobijecie do 10 lat istnienia zespołu. Jakie wydarzenia w Waszej historii wspominacie najczęściej i czy są takie o których chcielibyście, jak najszybciej zapomnieć?

Myślę, że każde wydanie płyty jest dla nas wyjątkowym momentem. Bardzo dobrze wspominamy koncert z Damo Suzuki w całości wyimprowizowany. Szczególnym doświadczeniem był też projekt Pure Phase Enamble pod przewodnictwem Laetiti Sadier i Raya Dickaty ale też w gronie świetnych polskich muzyków. Traumatycznym momentem był na pewno moment, przy nagrywaniu pierwszej płyty gdzie w pierwszych odsłuchach miksu okazało się, że perkusja gdzieś zniknęła, ale na szczęście okazało się, że trzeba odwrócić fazy i wszystko było ok.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać o wasze cele i marzenia związane z Popsysze?

Nagrać jak najwięcej płyt, z których będziemy zadowoleni. Grać jak najwięcej koncertów i czerpać przyjemność ze wspólnego tworzenia.

 

Wywiad: Jakub Lemiszewski , Mikołaj Andrzejewski, Mateusz Gawineck (GOŁĘBIE)

gołębie

Hejże. W kraju, w którym rządzi orzeł biały, odważnym jest nazwać swój zespół Gołębie. Skąd taka nazwa?

Lemisz: Nie wiem czy to odważne. Gołębie to takie wędrowne miejskie stworzenia więc czujemy do nich sympatię. Poza tym Gołąbek Pokoju jest zawsze miłym skojarzeniem.

Mikołaj: Nazwę wymyślił Mateusz, a mnie się ona podoba, bo gołębie to takie ptaki, które żyją w miejskim zgiełku, a jednocześnie są w stanie wzlecieć gdzieś ponad ten codzienny hałas. Tak jak my.

Mateusz: Nie widzę żadnego związku, więc nie ma w tym niczego odważnego. Tym bardziej, że wymyślenie nazwy wyglądało mniej więcej tak:

-To musimy to jakoś nazwać.

(10 sekund ciszy)

-Może Gołębie?

-OK.

Cofnijmy się na moment do początków. Zespół zakładaliście jakieś 2 lata temu. Skąd się znacie, jaka jest wasza historia ?

Lemisz: Z mojej strony historia wyglądała w ten sposób, że pewnego ciepłego dnia w roku 2015 zadzwonił do mnie Mateusz z pytaniem czy nie pograłbym na perkusji w kompozycjach, które zaczął ostatnio kleić. Wspominał coś o blackmetalowych rytmach i o ładnych melodiach więc mnie tym pomysłem przekonał. Szczególnie, że chciałem poprawić swoje umiejętności jako perkusista. Jedyny problem polegał na tym, że mieszkałem wtedy w Warszawie i musiałem dojeżdżać na próby. O dziwo ten system zadziałał bardzo dobrze bo nie traciliśmy czasu na głupoty i każda próba przynosiła bardzo konkretne muzyczne efekty. Co do tego skąd się znamy to znamy się od dość dawna, ja i Mikołaj jesteśmy z Poznania i znamy wielu ludzi ze środowiska muzycznego w tym mieście. Z kolei z Mateuszem poznaliśmy się jakoś w 2012 roku i z miejsca się polubiliśmy. Wszyscy lubimy muzyczkę i siedzenie z ekipą do późnych nocnych godzin. Najlepiej nad wartą i najlepiej ze śmiesznymi papierosami.

Mikołaj: Jakub już dość dobrze to opisał – znamy się, bo obracamy się w podobnych kręgach i po prostu na siebie trafialiśmy przy okazji różnych koncertów, wypadów, imprez. Wszyscy grywaliśmy wcześniej w różnych projektach, więc wiedzieliśmy, czego się po sobie spodziewać muzycznie. No i bardzo lubimy się jako ludzie, zgadzamy się w kwestiach światopoglądowych, a jeśli się spieramy, to tylko o głupoty.

Fascynacja jakimi albumami pchnęła was do założenia kapeli? Czy macie może wspólną płytę, która cenicie równie mocno?

Lemisz: To dość trudne w naszym przypadku znaleźć album, który każdemu z nas jakoś absolutnie by się podobał. My bardzo lubimy ze sobą grać – bez przyrównywania tego do czegoś konkretnego co już się wydarzyło. W zasadzie to najbardziej inspirują nas inni znajomi, którzy też grają wspaniałą muzykę. Jeśli już koniecznie mówimy o ‚uznanych’ albumach, to może na siłę takim albumem będzie „Loveless” My Bloody Valentine? Chociaż z tego co wiem, to Mikołaj jest bardziej „team Slowdive” i w ogóle bardziej „team post-rock”. Może lepiej odpowiem za siebie – jeśli chodzi o gitarową muzykę to jestem wielkim sympatykiem My Bloody Valentine (wszystko z naciskiem na epki i Isn’t Anything), Sonic Youth a najbardziej wczesnego etapu twórczości tego zespołu – od Bad Moon Rising do Daydream Nation. Bardzo bliska jest mi też muzyka takich zespołów jak Ścianka (Pan Planeta najlepszy), Les Rallizes Denudes, Darkthrone Alibabki, Beach Boys, The Ronettes, Velvet Underground, Swirlies, Vivian Girls, The Shaggs.
Chociaż ostatnio i tak prawie nic z tego nie słucham.

Mikołaj: Mamy jakiś wspólny mianownik oczywiście, są płyty, co do których wszyscy zgadzamy się, że są genialne, ale tak naprawdę nasze gusta podryfowały w bardzo różne strony. Wspólny korzeń to na pewno wczesny shoegaze, noise rock, dream pop. Ja osobiście lubię też bardziej patetyczne granie, jestem wielbicielem Swans, Nadji, Sunn O))). Kocham także zimną falę, ale nie znoszę „normalnego” punk rocka. Z polskich rzeczy najlepiej wchodzą mi projekty black metalowe spod szyldu „Let the World Burn”.

Mateusz: Nie wszystkie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale nitko leć: Sonic Youth „Evol” i pewnie jeszcze kilka innych; prawie wszystkie płyty solowe Johna Frusciante ze szczególnym uwzględnieniem trzech pierwszych oraz projektu Ataxia; ekipa LSO nie wydaje płyt, ale to co robią było i jest wielką inspiracją; tak samo jak rzeczy wypuszczane przez typów z kolektywu Dark World; Warpaint „Exquisite Corpse”; „Loveless” oczywiście; sporo muzyki Animal Collective; tak jak Mikołaj lubię black metal, Mgłę wielbię; może jeszcze dodałbym Unwound-Leave Turn Inside You. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Nie mogę też nie wspomnieć o właściwie całym polskim niezalu i niezliczonych projektach i wydawnictwach znajomych.

Jak wygląda proces tworzenia waszej muzyki? Czy podstawową formą waszego grania jest improwizacja?

Lemisz: Zazwyczaj wygląda to w ten sposób, że Mateusz przynosi szkic utworu i wokół tego szkicu tworzymy dalsze partie, zmieniamy strukturę itd. Wokal i tekst zawsze pojawia się na samym końcu. Improwizowane momenty zdarzają nam się bardziej na koncertach niż na próbach. Po prostu między niektórymi fragmentami są przewidziane miejsca na nieprzewidziane zdarzenia. Wtedy to głównie ja i Mikołaj mamy pole do popisu, a Mateusz może zając się niszczeniem swoich gitar.

Po ilu epkach warto jest wypuścić album pełnometrażowy?

Lemisz: Myślę, że nie ma żadnej reguły. Szczególnie w tych czasach gdy format nagrania jest rzeczą całkowicie umowną. Nagrania mające trochę ponad 20 minut uznawane są czasem za pełnoprawny album, z kolei całkiem długie i kompletne muzyczne wypowiedzi wciąż uznawane są za EPki. W naszym przypadku będzie tak, że kolejne nasze wydawnictwo na 90% będzie albumem.

Mikołaj: Nie ma na to reguły. Jeżeli ma się materiał, który się spina i działa jako całość, to się go wypuszcza. Epka bądź nie.

Mateusz: Nie warto wypuszczać epek XD

Długość życia gołębi to średnio 10-12 lat, niektóre dożywają nawet 20 lat. Popuśćmy wodze fantazji : czy wyobrażacie sobie, że możecie przetrwać tak długi czas?

Lemisz: Z jednej strony czemu nie? Bardzo lubię grać z chłopakami, ale z drugiej strony trzeba być naprawdę ponadczasowo genialnym zespołem, by w dobrej formie przetrwać taki szmat czasu. Na pewno nie chcielibyśmy stać się jakimś Kazikiem albo Pidżamą Porno (chociaż spoko byłoby kosić hajs na juwenaliach do późnej starości hehe). Zakładając, że Gołębie przetrwałyby tyle czasu to na pewno od wysokości 3 lub 4 albumu zaczęlibyśmy grać zupełnie inną muzykę. Może Tropicalia?

Mikołaj: Ja nie wiem, co będzie jutro, a co dopiero za 10 lat. Na pewno chciałbym z chłopakami grać jak najdłużej, bo sprawia mi to radość.

Mateusz: Nie przeżyję tyle jako człowiek. Tak naprawdę to nie wiem, bliżej mi do jazzowego podejścia i krótkich, konkretnych strzałów. Myślę, że wyłapiemy moment, w którym będziemy wiedzieli, że powiedzieliśmy jako Gołębie wszystko, co mieliśmy do powiedzenia. I raczej nie będzie to kwestia czasu a potencjału, który mamy.

Czy jest jakiś gatunek, podgatunek muzyki, którego szczerze nie znosicie i nigdy nie będzie on składową waszej formacji?

Lemisz: narodowosocjalistyczny rock, polskie reggae i power metal. Chociaż kto to wie, co przyniesie przyszłość. A tak serio to po co gadać o tym czego się nie lubi i o tym czego się nie zrobi?

Mikołaj: Ja nie znoszę bałkańskiego folku.

Mateusz: Odpycha to elityzm muzyczny. Po części podpisuję się też pod tym, co powiedział Lemisz.

Porozmawiajmy chwilę o waszej koncertowej aktywności. Gdzie było wam najlepiej?

Lemisz: Z Gołębiami przyjęliśmy system koncertowania, który bardzo mi odpowiada – raz w miesiącu jedziemy na dwu-trzydniową trasę. Tym sposobem zagraliśmy dotychczas (nie licząc poznania) kilka razy w Warszawie, w Szczecinie, w Krakowie, we Wrocławiu w Łodzi i Ciechanowie. Z wyjazdów najlepiej grało nam się ostatnio w Warszawie (w towarzystwie Złotej Jesienii i Melisy) oraz w Krakowie. Następnym krokiem będzie pewnie Bydgoszcz/Toruń, z kolei w dłuższej perspektywie planujemy w czerwcu wycieczkę po krajach bałtyckich z Melisą.

Mikołaj: Najlepiej wspominam koncert w Krakowie, gdzie było bardzo żywiołowo, dobrze nas nagłośniono i udało mi się naprawdę wkręcić w występ.

Mateusz: Mnie najlepiej jest w drodze. Zawsze mi miło, gdy myślę o gigach, na których odczuwam szczerość, ekspresję i zaangażowanie osób z publiczności. Granie dla dobrych ziomków w Poznaniu i Warszawie jest czymś nie do końca mieszczącym się w terminie „koncert”. Gościnność Radka Soćko ze Szczecina i w ogóle tego co robi ze swoją epiką zasługuje na wyróżnienie.

Wywiad: Overkiller, XXX-Bomber (Nuclear Holocaust)

nuclear-holocaust-band

Hejże. Pierwsze pytanie na rozluźnienie. Pochodzicie ze Świdnika, co robicie na co dzień?

Overkiller: Cześć. Na co dzień jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy nie łoją w Nuclear Holocaust.

XXX-Bomber: Siema. Nawiązując do Overkillera: ale gdy przychodzi łikend, zrzucamy kamuflaż i zmieniamy się w zapijaczonych, rokenrolowych bydlaków!

Drugie już z grubej rury. Wybuchała wojna i jest konflikt rzecz jasna nuklearny. Do schronu możesz zabrać trzy płyty. Jakie to będą albumy?

O-K: Na pewno nie nasze, hehe. „Peace sells …”, „Bomber” i jeszcze jedną kopię „Bombera”, bo pewnie te pierwszą złamię, albo zgubię.

XXX-B: „The Number of the Beast”, „Oddech wymarłych światów” i jakieś the best of Misfitsów.

Pobawmy się trochę wehikułem czasu: przenosisz się do 2014 roku. Czy jest coś, co na przestrzeni tych 3 lat byście zmienili w funkcjonowaniu zespołu?

O-K: Trudno powiedzieć, bo nikt wtedy nie planował jeszcze założenia tego zespołu – wszystko zaczęło się wiosną 2015. Nie. Wszystko jest tak, jak to sobie wymarzyliśmy i pewnie dalej będzie tak funkcjonować.

XXX-B: Ja chyba wiem. Może mniej chlać na niektórych koncertach? Więcej grzechów nie pamiętam.

Dalej gmeramy w przeszłości. Pamiętasz wasza pierwszą wspólna próbę? Zażarło od razu, czy może potrzebowaliście czasu na dotarcie się?

O-K: Pierwsze próby odbywały się w dwuosobowym składzie i tak, kosiło od samego początku. Dokładnie wiedzieliśmy, co chcemy robić i na nic się nie oglądaliśmy. Podobnie było z dochodzeniem kolejnych członków – najpierw basista, później wokalista zostali przyjęci do składu po, a nawet w trakcie pierwszego spotkania z nami. Nie było się nad czym zastanawiać.

XXX-B: Pierwsza próba poleciała wyjątkowo szybko. Pierwszy numer – „Nuclear Holocaust” – trwa chyba około minuty. Przegraliśmy go parę razy i do domu. Dla mojej ówczesnej dziewczyny oraz żony Overkillera mieliśmy wersję, że to była próba innego zespołu, w którym wtedy graliśmy razem. Mieliśmy kategoryczny zakaz zakładania nowych projektów.

Mutant Inferno i Overkill Commando to wasze wydawnictwa, które są już od pewnego czasu dostępne na rynku muzycznym. Zapewne macie na temat tych płyt już jakieś przemyślenia.

O-K: Podobają nam się, a Tobie? Ok, na poważnie, bardzo podobał nam się proces powstawania tych kawałków, w znacznej mierze na żywioł, w sali prób, jak i samych nagrań – rejestracja na setkę, w dosłownie kilka godzin, razem z miksem i masterem. Ja osobiście nie zmieniłbym w nich nic, żyją swoim życiem, ze wszystkimi mankamentami, których, z żalem stwierdzam, nie uda nam się już powtórzyć, bo zwyczajnie nauczyliśmy się już trochę lepiej grać. Ale bez obaw, na kolejnych materiałach też będzie krzywo.

XXX-B: Z „Mutant Inferno” jestem zadowolony w stu procentach. Co do „Overkill Commando”, czasami myślę, że materiał mógł powstawać nieco za szybko i mogło się to odbić na jakości numerów. Jednak kiedy słucham O.C. stwierdzam, że ładnie kosi.

Czy na tym etapie wspólnego grania wypracowaliście już sobie sprawdzoną metodę na pisanie muzyki?

O-K: Tak. Byle nie przekombinować, nie dłubać w jednym numerze dłużej, niż pół godziny, bo straci kompletnie swój urok.

XXX-B: Poza tym, ma być szybko, skocznie i nie za długo.

Macie na swym koncie dość pokaźną liczbę występów na żywo. Które najmocniej wbiły się wam w pamięć?

O-K: Mi osobiście ten, na którym tak się sprałem, że połowę kawałków zagrałem w zupełnie innym aranżu… Na pewno jednym z większych wydarzeń koncertowych było zagranie u boku Dead Congregation i obecnej wersji Pungent Stench w ramach Into the Abyss Fest, także koncert na Litwie, z uwagi na naprawdę ciepłą i jednak trochę inną publikę, niż nasza. Najtrudniej chyba jednak wymazać z pamięci niektóre aftery…

XXX-B: Litwa, hehe, to dłuższa historia. Tak jak after po koncercie dzień wcześniej w Białymstoku. Mi najmocniej utkwił w głowie koncert w Gdańsku. Między numerami pod scenę podbił gość, który bawił się z innymi pod sceną i powiedział: „Ej, przez was złamałem sobie zęba!” O to chyba chodzi w graniu na żywo.

Jak zapewne wiecie, zegar zagłady zbliża się do godziny dwunastej. Czy czujecie strach przed wojna? Czy strach może być pozytywnym bodźcem? Mnie osobiście napędza do rozwijania się na różnych płaszczyznach. A jak to jest u was?

O-K: Strach – nie wiem, ale ponoć stres może być pozytywnym bodźcem. Pamiętam, jak mój ojciec opowiadał, że kiedyś spać nie mógł po nocach, w obawie przed zagładą nuklearną. To był okres Zimnej Wojny. Żyjemy. Myślę, że jako gatunek aż tak tępi jednak nie jesteśmy.

XXX-B: Chociaż było mało śmiesznie jak Korea zaczęła wymachiwać bronią atomową. Plus sytuacja z Ruskimi, albo wyczyny ISIS. To sprawia, że można czuć się mniej pewnie. Te wydarzenia oraz inne znajdują odbicie w naszej muzyce. Strach przed agresją wzbudza agresję, trzeba znaleźć jakieś ujście dla emocji. To sprzyja powstawaniu nowych numerów. Bądź też obawa przed utratą wyuczonego zawodu skłania do szukania nowych ścieżek rozwoju zawodowego.

Czego wam życzyć w tych niespokojnych czasach?

O-K: Nigdy nie było spokojnych czasów. Niech sprawy się toczą, jak dotąd.

XXX-B: Żeby w piątkowe wieczory można było bez zmartwień słuchać płyt przy dobrej wódzie.