Janusz Jurga – HYPNOWALD

Każdy, kto choć raz miał styczność z solowymi nagraniami, pod którymi podpisuje się Janusz Jurga dobrze wie, że muzyk ma bzika na punkcie lasu. Z końcem kosmicznych wojaży wraz z formacją Vysoké Čelo i po powrocie na ziemski glob, muzyk od razu w swoich muzycznych poszukiwaniach kieruje się w stronę natury. Podziwiam pasję, z jaką Janusz podchodzi do muzyki, pielęgnuje ją w sposób świadomy, wytyczając przy tym nowe ścieżki muzycznych drgań. W porównaniu do „Duchów Rogowca” na najnowszym albumie do lasu wchodzimy pod osłoną nocy. W tej atmosferze najpełniej objawia się obsesja, z jaką muzyk podchodzi do dark ambientowej estetyki. To właśnie ten składnik nadaje tej płycie mrocznego realizmu. Janusz to typ człowieka, który jeśli już znajdzie w lesie odpowiednie miejsce pod rytmiczny techno rozbłysk, nie waha się zaprosić słuchacza do lekkiego pląsania. „Hypnowald” to album, na którym taniec i duchowość przenikają się w stałym podrygu.

Ciśnienie – JazzArt Underground

Ciśnienie to kapela, która dobrze wie, do jakiego portu zmierza. Muzycy potrafią bardzo korzystnie ustawić żagle, by wiatr, który po drodze sieją, pchnął ich w odpowiednim kierunku. Takich płyt jak ta słucha się z przyjemnością, bo choć zespół zbiera burzę, czuć, że Katowiczanie potrafią przewidzieć w pełni konsekwencje swych poczynań. Kapitał muzyczny wypracowany przez sekcję rytmiczną złożoną z Kacpra Kowalczuka (perkusja) i Michała Paducha (gitara basowa) pozwala na szybkie skoki dynamiki. Ale jeśli miałbym wskazać narratora muzycznego, to najlepiej do tej roli pasowałby Maciej Klich. To właśnie dźwięki skrzypiec nadają tej płycie odpowiedniej wyporności i płynności. Zdarzają się oczywiście chwile, że kapitan usuwa się lekko w cień oddając się smyczkowej repetycjii, ale wtedy ster szybko przejmuje Michał Zdrzałek, który równie mocno urozmaica paletę dźwięków (przepiękny temat zagrany na waltorni w utworze „Same Trupy”). Aby z powodzeniem grać w tym zespole trzeba mieć naprawdę duże pokłady wyobraźni. Ale nie tylko po to, by kreować przed słuchaczem jazzową rzeczywistość. Czego można im naprawdę zazdrościć, to przede wszystkim fantazja, która wykorzystują do dekonstrukcji post-rockowych struktur. Właśnie na tym poletku ciśnienie podskakuje najwyżej i nie dziwi mnie fakt, że niektórzy podnoszą larum, że to polskie Swans. Tej kapeli są pisane wielkie przygody.

Ewa Justka – Acid On Acid

Ewa Justka stworzyła album bezpardonowy, wyważający i wyłamujący drzwiczki od piwnicy acid techno za pomocą noise’u. „Acid on Acid” to materiał, który tak jak poprzednie dokonania naszej bohaterki, nadal silnie umocowany jest w analogowym brzmieniu syntezatorów stworzonych niemal od podstaw pod swoją modłę. Efektem tego jest muzyka, która przede wszystkim ma na celu oddziaływać na ciało, wprowadzać w trans, ale też miejscami porazić i nieco nadpalić styki słuchaczowi. Bywa brutalnie, wielowarstwowo, a soniczne ataki mogą nam lekko pobrudzić koszulkę, ale ten kto już natknął się na Ewę, dobrze wiedział na co się pisze. Takimi płytami powinno się wchodzić na salony i to nie tylnymi drzwiami, ale frontowymi. Mam jednak wrażenie, że na Ewie czerwony dywan nie robiłby żadnego wrażenia i wolałaby zostać w swojej dźwiękowej szklarni. Takie wybory to ja mocno szanuję. „Acid on Acid” to istny mocarz. Dawkujcie go rozsądnie, bo to album, który wyrywa z korzeniami.

Bałtyk – Self​-​help Pt​.​1

Pamiętacie jeszcze ostatni dobry album Sun Kil Moon? Jeśli słuch mnie nie myli, był to rok 2014 i płyta „Benji”. Wtedy też ostatni raz miałem możliwość przez dłuższy czas odpocząć nad naszym polskim morzem. To był bardzo kojący, oczyszczający wyjazd. Ale to nie odpowiednie miejsce, by zastanawiać się nad słusznością moich wakacyjnych wyborów, szczególne kiedy to Michał Rutkowski wypuszcza na światło dzienne swoją drugą płytę. Album, który w sposób szczery i niezwykle emocjonalny nawiązuje do najlepszych dokonań Marka Kozelka w nieco skromniejszej, i nie chcę powiedzieć okrojonej, ale mocno minimalistycznej wersji. Zdarza się, że w niektórych utworach Michał podbija dźwięki swojej gitary, automatem perkusyjnym, czy też pianinem, ale o żadnym większym sztormie na płaszczyźnie dźwięku nie ma tutaj mowy. Dryfujemy ciągle gdzieś tak na granicy folkowego wyciszenia i szumu fal lo-f indie, które od czasu do czasu zostają spienione przez nagrania terenowe. Bałtyk pomimo swojego minimalizmu muzycznego, nie stroni za to od głębszych wynurzeń, czy też metafor. I to co najlepsze na „Self-Help Pt. 1” spotyka nas właśnie na poziomie słowa. To taki psychoanalityczny prysznic, który działa niczym katharsis. Nic dziwnego, że bosman po przeczytaniu tekstów, już dawno zapiął płaszcz.

 

Lwstndrds – Failures

 

– Przepraszam, czy tu biją?
– A co, boi się Pan słuchać Full Of Hell?

Skoro odpowiadasz twierdząco, to lepiej trzymaj się z daleka od Lwstndrds. To bardzo podobny poziom grindcore’owego gniewu, który jakby tego było mało, w wielu momentach miesza się z deathmetalową żółcią. Widać i słychać, że jest to banda wychowana na twardych zasadach gry, raczej nie popadająca w przesadne dziwactwa. A nawet jeśli już sięgają po narkotyk z zupełnie innej półki niż mają w zwyczaju, to w tym całym bałaganie, jaki ów specyfik może spowodować, udaje im się zachować, współbrzmiący ton wypowiedzi. Szczególne piękne jest to, jak ten duet z piekła rodem (na poważnie to są z Zabrza) potrafił skomasować atak swojej złości i nie zapomnieć przy tym, by wymierzyć słuchaczowi kilka całkiem konkretnych ciosów na korpus spod znaku Deimilich. Dobrze, że ten album trwa tylko dziesięć minut, bo takimi zagraniami odbierają człowiekowi oddech na dłużej.

W następnym pełnometrażowym wpisie zmienimy klimat i udamy się nad Bałtyk