Jeff Rosenstock – POST-

a2522175680_10Pierwszą płytą roku 2018, którą wysłuchałem w całości był pop-punk rockowy krążek Jeff Rosenstock. Album „POST-”, który ukazał się pierwszego stycznia nie jest może wielkim krokiem naprzód, ale po raz pierwszy w historii tego zespołu na mój język ciśnie się więcej pochwał, niż zarzutów. To, co rzuca się na słuch w pierwszej kolejności to przede wszystkim większa spójność pomysłów i to po mimo tego, że formacja próbuję „nakręcać” się poprzez wykorzystanie drobnych elementów ambientu. Od space rocka również nie stroni, ale nie wyczuwa się w tym grzechu zaniechania, tak jak bywało w przeszłości, kiedy to poszczególne składowe stylistyczne nie zgrywały się i ciążyły niczym kula u nogi. Praktyka doskonalenia brzmienia, jaką narzuciła sobie formacja w moim odczuciu zaczyna zdawać egzamin. Prawdą jest, że przytrafiają się po drodze chwile zwątpienia, gdzie Panowie pragnąc atencji, uciekają w operowy patos. Tutaj radziłbym większą wstrzemięźliwość, bo jednak nie zawsze udaje im się osiągnąć efekt „wow”, jak ma to miejsce w „Let Them Win”. Reasumując: Jeff trzymaj tak dalej, a smaku pokuty z mojej strony więcej już nie zaznasz.

 

Silberman New Quintet – Pieśń Gęsi Kanadyjskich

silberman_new_quintetTen album wyhodowany został na paszy o wysokiej wartości odżywczej. Silberman New Quintet to formacja, która czerpiąc z jazzowej estetyki, potrafi zadbać o to, by ilość komponentów w karmidłach była odpowiednio wyważona. Panowie postarali się przy tym o bardzo równomierne rozprowadzenie rockowej treści, która dodaje tej płycie niezwykłej dozy chwytliwości. „Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to album, który z każdym kolejnym odsłuchem coraz to mocniej tuczył we mnie wrażenie, że oto obcuję z najlepszą polską płytą jazzową tego roku.

Zespół do niedawna funkcjonował jako trio, teraz poszerzył swój skład o kolejnych dwóch muzyków. Oprócz znanych z poprzednich wydawnictw: Łukasza Stworzewicza (perkusja), Mateusza Gawędy (fortepian) i Jakuba Mielczarka (kontrabas) na najnowszej płycie tej formacji można usłyszeć również Macieja Obara (saksofon altowy) i Artura Kudłacika (gitara basowa). Już przy okazji pierwszego utworu – „Ozjusz”, od razu wyczuwa się, że koncepcja „pogrubienia” brzmienia to bardzo słuszna droga rozwoju dla tej formacji, która toruje przed nimi spektrum nowych możliwości. Na przestrzeni tych czterdziestu minut, jakie trwa ten album, kapela podsuwa pod ucho słuchacza motywy, których Komeda by się nie powstydził. Są to akcenty wyważone, stanowiące raczej delikatną przyprawę podkreślającą smak poszczególnych kompozycji. Zdarza im się za to podjąć niemal w całości „Temat miłosny z La Strada”, nanieść na niego kilka rozbudowanych dialogów instrumentalnych, nasycić klawiszami, a to wszystko bez gubienia wcześniej podjętych tropów i bez żadnego uszczerbku dla myśli przewodniej. A przecież nie można zapominać o tym, że pomiędzy tymi kawałkami są jeszcze cztery równie ponętne utwory. Szczególną sympatią darzę chyba najbardziej pikantny „Wołanie, czekanie, szukanie”, w którym to do głosu dochodzi kontrabas i zalicza kilka niezwykle urozmaiconych przejść i pomruków odbijających się szerokim echem na reszcie muzyków. Za to w kawałku „Czeladnik” kapela ucieka w free jazzową niesystematyczność. Daje się w tym wyczuć swobodę improwizacji, która nie jest nacechowana nachalnym wpychaniem stopy między drzwi. Z podobnych swobód Panowie korzystają w utworze tytułowym, gdzie w pełni świadomie operują kontrastem muzycznym pomiędzy drapieżnym rockiem a w pełni wyrachowanym jazzem, uzyskując tym samym fusion, po którym można tylko dziób rozdziawić. „Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to muzyka wyrazista, zagrana przez artystów, którzy doskonale poruszają się po szerokim spektrum stylistyk. Silberman New Quintet z każdym kolejnym albumem przybiera na wadze. Cieszyć się można, że tak szybki przyrost mięśni nie wiązał się z kastracją swojej unikalnej natury.

BNNT – Multiverse

bnnt-front-1500W muzyce, tak jak w życiu, nie brakuje hazardzistów. BNNT, to rasowy gracz, któremu ciężko jest udowodnić blef, tym bardziej, że na „Multiverse” kapela obiera ton prosty, suchy, ale przy tym nad wyraz precyzyjny. Ekscentryczność jest tutaj szyta raczej cienkimi nićmi, a główny nerw tej muzyki jest wyczuwalny instynktownie. To płyta pełna złudzeń, na które w ostatnim czasie jestem bardzo łasy, z którymi naprawdę przyjemnie jest obcować i to pomimo tego, że są one zazwyczaj umiejscowione na granicy sporadycznego napięcia.

Panowie zachowując rytmiczną ciągłość, utrzymując wewnętrzna dyscyplinę, paradoksalnie potrafią utrafić w sedno muzycznej łobuzerki. Stawiają na mantryzm, w którym nie próbują maskować swoich braków, tylko je dodatkowo rozchwiać na boki i rozwarstwić, by na samym końcu utopić w kraut rockowym brudzie. W tym miejscu ponarzekać można trochę na nieco skostniałe użycie elektroniki, ale jest to ten rodzaj grzechu, który nie ma wpływu na wymowę całości. Tym bardziej, że BNNT to zespół, który nadal umiejętnie potrafi igrać z noise rockiem. Robi to tym razem w sposób bardziej awangardowy, niż miał w zwyczaju. Zdarza im się wpuścić słuchacza w repetytywne maliny, a jak dobrze wiadomo, smak takich owoców docenia się z czasem. To wszystko z wyczuciem celu, a nie tylko dla samej zasady. Przy okazji tej płyty Konrad Smoleński i Daniel Szwed wyzbywają się resztek poczucia wstydu. Kiedy już koło obrotowe ruletki ruszy na dobre, przestają myśleć, zaczynają działać niemal podświadomie, a każdy ich kolejny dźwięk zostaje pogłębiony przez następny. Ten krążek to przykład na to, że umowna leniwość też może pobudzać zmysły, tym bardziej jeśli poparta jest atutami mocno okopanymi w muzycznej hipnozie. Z gitarą barytonową na czele, która rzuca na pokuszenie kilka soczystych, przesterowanych post rockowych fraz, by po chwili schować się za perkusją. Zestaw za którym zasiada Szwed nie należy może do najbardziej rozbudowanych, ale gdy wyrabiasz normę na takim sprzęcie, to raczej powód do dumy, niż do wstydu. Podobnie sprawy się mają z saksofonem Matsa Gustafssona, który mimo tego, że występuje tutaj gościnnie, podbija stawkę, rzucając na stół żetony o wysokim nominale. „The Last Illiterate” najlepiej dowodzi, że zna się on na rozbudowanych podziałach matematycznych. W żadnym razie nie jest to przekręt pod publikę. Skandynaw w trymiga chwycił konwencję zespołu i nie robi tutaj za podwykonawcę, ale za gracza w pełni świadomego rozwoju sytuacji na muzycznej planszy. Jego jazgotliwe partie to bardzo uczciwe dopełnienie tego skomasowanego krążka.

 

 

 

Laibach – Also Sprach Zarathustra

laibach_alsosprachzarathustra_coverPrzez ponad dziesięć lat zespół Laibach dawał mi niewiele powodów do tego by traktować ich nowe płyty jak coś więcej, niż muzyczną ciekawostkę. Albumy takie jak „Laibachkunstderfuge”, czy „SPECTRE” wspominam jak zbiór szkiców, które zostały wyciągnięte od zespołów z niższej klasy rozgrywkowej z okręgu elektro – industrialnego. To musiał być ogromny szok termiczny dla wielu fanów tego zespołu. Na szczęście najnowsze dzieło Słoweńców to powrót do standardów i materii muzycznej, z jakiej byli znani.

Zauważyć należy jednak, że Laibach nie pcha się po raz kolejny do tej samej rzeki, w której pływał za młodu. Formacja nie ucieka oczywiście od swojego awangardowego rodowodu, ale też nie epatują nim przesadnie przy każdej nadarzającej się okazji. Kapela swoją witalność odzyskuję przede wszystkim poprzez namaszczenie w dark ambiencie mocno już przyblakłych barw syntezatorów. Cenić można u nich również to, że potrafią milczeć w sposób jak najbardziej słyszalny. Pozwalają na to, by dźwięki wybrzmiały do samego końca. Zdarza im się oczywiście czasami nakładać na siebie kilka bardziej ordynarnych warstw, dzieje się tak chociażby w utworach „Das Gluck” i „Von Den Drei Verwandlungen”, ale przez większość czasu mamy tutaj do czynienia raczej z powolną muzyczną artykulacją. Aura całego albumu obarczona została niezwykle ciężkim, chropowatym, pierwotnym klimatem. Dla przeciwwagi kapela postarała się dodać kilka delikatnych, ale całkiem nośnych orkiestrowych wtrętów, które dosadnie wygładzają kanty kompozycyjne. Nawet jeśli niektóre frazy, czy też sekwencje analogów wydają się być przerysowane i wypowiedziane od niechcenia, to trzeba przyznać, że kapela trzyma się z dala od truizmu syconego patosem. Ciężko jest co prawda mówić w przypadku płyty „Also Sprach Zarathustra” o jakichś nadludzkich walorach, tym niemniej formacji udało się w końcu zbudować album posiadający kształty w pełni fabularnej opowieści działającej na wyobraźnię.

 

Merkabah – Milion Miles

a2159973640_10„Million Miles” to płyta, na której nie tylko chwile są piękne, ale i całe ciągi zdarzeń. Panowie tym albumem wypływają na otwarte morze. Na takich wodach, by czuć się w pełni bezpiecznie, nie wystarczy pełen magazynek, czy też biegłość instrumentalna. O wiele ważniejsza jest płynność z jaką poszczególni muzycy poruszają się między zawiłymi strukturami. Merkabah to zespół, który na przestrzeni ostatnich lat w tym względzie poczynił ogromne postępy. Z nieco nadsterownej łajby przeistoczył się w okręt zgrabnie poruszający się między metalową strukturą a free jazzem.

Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl po przesłuchaniu tej płyty to zrównoważenie. Ten album, jako całość, to twór barczysty i postawny, taki, który budzi respekt. Na szczególne wyrazy uznania zasłużyła sekcja rytmiczna, która wykazuje się tutaj niemal militarną precyzją. Warszawiacy to wachta, która z niejednego dzbana rum piła, co wcale nie oznacza, że zawodowo zajmują się szmuglowaniem cudzych pomysłów. Oczywiście zdarza im się czasami zacumować w strefie wpływów King Crimson, ale robią to w sposób twórczy, próbując odnaleźć nowe wątki, które pasowałby pod ich metalowy kadłub. O tym, jak dosadnym i jędrnym w swojej grze jest perkusista – Kuba Sokólski, chyba nie trzeba już przypominać. To on nadaje tej muzyce odpowiedniej dynamiki, wykorzystując do tego swoją niezwykłą zwrotność, potrafi uwypuklić partie gitary, czy też kotwiczyć maniakalne frazy saksofonu. Solowe popisy Rafała Wawszkiewicza często przywodzą na myśl te grane przez Jørgen’a Munkeby z Shining. Szczególnie widoczne jest to w momencie kulminacyjnym utworu „The Lion’s Throat”. Riffy to też wyższa szkoła patroszenia, chociaż zapewne niektórym może w tej kwestii brakować większej ekscentryczności. Tym niemniej, warto jest docenić starania muzyków Merkabah, którzy z płyty na płytę stawiają na ciągły progres i do swojego repertuaru wrzucają nowe rozwiązania. Kapela zapędza się na coraz to bardziej rozszalałe morza, na których wielu poległo. „Milion Miles” to album, na którym daje się wyczuć coraz to większą rolę elektroniki. Jest to bardzo udany zabieg, który wydaje się otwierać przed kapelą łańcuch nowych możliwości. I choć Panowie nie odnaleźli jeszcze swojej skrzyni złota, to zainicjowali szereg przygód, które mogą przysporzyć wypieków na policzkach słuchacza i nie jest to efekt zbyt dużej ilości rumu, a przemyślanych i świadomych wyborów.