DeafKids, Rakta 16.04.2019 D.K. Luksus, Wrocław

Brazylijska formacja pochodząca z Rio de Janeiro, zwana DEAF KIDS to chyba najlepsze, co mogło się przytrafić w przededniu Świąt Wielkanocnych wszystkim tym, którzy nadal czują karnawał. Były tańce, hulańce, swawola. Jeśli ktoś z wczoraj obecnych wyspowiadał się zawczasu, to raczej będzie musiał ponownie klękać przy konfesjonale. Trudno było ustać w miejscu przy takim zaangażowaniu muzyków, którzy już od samego początku ustawili dźwięk na tak nośnym rejestrze powodującym sprzężenie zwrotne, po którym czapki i kaptury z głów szybko spadały. Ale nie po to, by sypać głowę popiołem. To co najlepsze, serwowane było przez perkusistę. Dawno nie byłem na koncercie, na którym to bębniarz miał aż tyle do powiedzenia przy rozegraniu. Stawiał oryginalne stemple niemal na każdym utworze, czasami kilka razy wychodząc przed szereg. Brał ciężar gry na siebie, bo technika mu pozwalała czynić cuda. Dla mnie gracz całego gigu, od takich muzyków powinno zaczynać się ustalanie składu. Ciężko jest jednak napisać, że reszta kapeli to oderwali od pługa byle grajkowie. Basista jak rasowy gracz asekurował bębniarza, kiedy ten narzucał ostre zmiany tempa. Brazylijska finezja pędzona na polirytmii ze sporą ilością sprzężeń noise rockowych. Brakuje być może trochę większego zróżnicowania w fazie sonicznej eksplozji, czasami może wydawać się, że osiągi zespołu, jeśli chodzi o kulminacyjną fazę poszczególnych utworów to trans podobnej wartości. Z drugiej strony dochodzi do tego pod tak różnym kątem, że można im te niedociągnięcia wybaczyć. Czasami jest to pochodna Nailbomb, innym razem industrialne odloty w stylu Voivod.

To nie był koniec atrakcji, które czekały na mnie we Wrocławiu tej nocy. Po kilku minutach przerwy na scenie zainstalowała się formacja RAKTA, która poprzez elektronikę w powabny sposób nagina ramy noise rocka, wpychając go w ramiona psychodelii i gotyku. Początkowe problemy z basem szybko zostały ogarnięte. Całe szczęście, bo nie wyobrażam sobie tego koncertu bez słodkiego pomruku tego instrumentu. Muzyka zespołu RAKTA to przede wszystkim impulsywne potyczki na linie bas – syntezator, przy których czułem się niczym rozbitek pływający między dwoma wygłodniałymi rekinami. Basistka na tyle sprawnie operowała motywami Killing Joke, czy naszej rodzimej Siekiery, że człowiekowi pozostawała modlitwa o to, by wyjść z koncertu o własnych siłach. Swoje trzy grosze dokładał oczywiście perkusista, ale po latach wspominając ten koncert to w pierwszej kolejności będę przytaczał eteryczny posmak nut syntezatorowych. Systematyczny ponury narzut psychodelicznych plam klawiszowych, barwionych pogłosami wokalnymi sprawia, że człowiek szybko traci głowę pod naporem kolejnej fali.

Ewa Justka – Acid On Acid

Ewa Justka stworzyła album bezpardonowy, wyważający i wyłamujący drzwiczki od piwnicy acid techno za pomocą noise’u. „Acid on Acid” to materiał, który tak jak poprzednie dokonania naszej bohaterki, nadal silnie umocowany jest w analogowym brzmieniu syntezatorów stworzonych niemal od podstaw pod swoją modłę. Efektem tego jest muzyka, która przede wszystkim ma na celu oddziaływać na ciało, wprowadzać w trans, ale też miejscami porazić i nieco nadpalić styki słuchaczowi. Bywa brutalnie, wielowarstwowo, a soniczne ataki mogą nam lekko pobrudzić koszulkę, ale ten kto już natknął się na Ewę, dobrze wiedział na co się pisze. Takimi płytami powinno się wchodzić na salony i to nie tylnymi drzwiami, ale frontowymi. Mam jednak wrażenie, że na Ewie czerwony dywan nie robiłby żadnego wrażenia i wolałaby zostać w swojej dźwiękowej szklarni. Takie wybory to ja mocno szanuję. „Acid on Acid” to istny mocarz. Dawkujcie go rozsądnie, bo to album, który wyrywa z korzeniami.