Bałtyk – Self​-​help Pt​.​1

Pamiętacie jeszcze ostatni dobry album Sun Kil Moon? Jeśli słuch mnie nie myli, był to rok 2014 i płyta „Benji”. Wtedy też ostatni raz miałem możliwość przez dłuższy czas odpocząć nad naszym polskim morzem. To był bardzo kojący, oczyszczający wyjazd. Ale to nie odpowiednie miejsce, by zastanawiać się nad słusznością moich wakacyjnych wyborów, szczególne kiedy to Michał Rutkowski wypuszcza na światło dzienne swoją drugą płytę. Album, który w sposób szczery i niezwykle emocjonalny nawiązuje do najlepszych dokonań Marka Kozelka w nieco skromniejszej, i nie chcę powiedzieć okrojonej, ale mocno minimalistycznej wersji. Zdarza się, że w niektórych utworach Michał podbija dźwięki swojej gitary, automatem perkusyjnym, czy też pianinem, ale o żadnym większym sztormie na płaszczyźnie dźwięku nie ma tutaj mowy. Dryfujemy ciągle gdzieś tak na granicy folkowego wyciszenia i szumu fal lo-f indie, które od czasu do czasu zostają spienione przez nagrania terenowe. Bałtyk pomimo swojego minimalizmu muzycznego, nie stroni za to od głębszych wynurzeń, czy też metafor. I to co najlepsze na „Self-Help Pt. 1” spotyka nas właśnie na poziomie słowa. To taki psychoanalityczny prysznic, który działa niczym katharsis. Nic dziwnego, że bosman po przeczytaniu tekstów, już dawno zapiął płaszcz.

 

Lwstndrds – Failures

 

– Przepraszam, czy tu biją?
– A co, boi się Pan słuchać Full Of Hell?

Skoro odpowiadasz twierdząco, to lepiej trzymaj się z daleka od Lwstndrds. To bardzo podobny poziom grindcore’owego gniewu, który jakby tego było mało, w wielu momentach miesza się z deathmetalową żółcią. Widać i słychać, że jest to banda wychowana na twardych zasadach gry, raczej nie popadająca w przesadne dziwactwa. A nawet jeśli już sięgają po narkotyk z zupełnie innej półki niż mają w zwyczaju, to w tym całym bałaganie, jaki ów specyfik może spowodować, udaje im się zachować, współbrzmiący ton wypowiedzi. Szczególne piękne jest to, jak ten duet z piekła rodem (na poważnie to są z Zabrza) potrafił skomasować atak swojej złości i nie zapomnieć przy tym, by wymierzyć słuchaczowi kilka całkiem konkretnych ciosów na korpus spod znaku Deimilich. Dobrze, że ten album trwa tylko dziesięć minut, bo takimi zagraniami odbierają człowiekowi oddech na dłużej.

W następnym pełnometrażowym wpisie zmienimy klimat i udamy się nad Bałtyk

LIGÆDER – DEN TOMME MENNESKEHED

Pytacie mnie, czym metal w tym roku obrodził? Mocno ubolewam nad tym, że dobrych pozycji jest tak niewiele. Charnel Altar i Drastus nagrali całkiem przyzwoite krążki, ale nie są to dla mnie krupierzy, którzy rozdawaliby mocne karty na całej długości trwania swych albumów. Przytaczałem już nieśmiało naszą rodzimą Gruzję, która rozpycha się w black’owej stylistyce i poprzez mocny crust punkowy uchwyt próbuje powalić słuchacza na deski. Podobnie działają Panowie z LIGÆDER, z tą różnicą, że ich punktem wyjścia jest death metal. Słychać, że plakaty Dismember i Asphyx wisiały w ich sali prób nie od parady. Taka wypadkowa muzycznych zainteresowań sprawiła, że LIGÆDER wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom z koktajlem, który działa na mnie bardzo kojąco. Panowie nie uprawiają szachów, ale też nie można ich zaliczyć do grona byle pionków. Technika użytkowa tej kapeli i bardzo płynna zmiana tempa między linią sekcji rytmicznej a gitarową ofensywą to coś, co może przełamać obronę nawet największych koneserów gatunku. Przy odpowiednich wiatrach niejeden kościół od ich muzyki jeszcze zapłonie.

Działamy dalej i lecimy z tematem Lwstndrds, którzy swoim nowym albumem zapewniają muzyczne mordobicie, po którym nawet Balboa miałby problem, by ustać na nogach.

Gruzja – I Iść Dalej

Zabawny motyw z tymi Gruzinami. Wysyłają czasami tak sprzeczne sygnały, że można się w tym wszystkim nieco zagubić. Ale to nie powód by ich od razu skreślać, bo w ogólnym rozrachunku wyglądają na całkiem poważnych ludzi. I tak zdaje sobie sprawę z tego, że są miejscach w sieci, w których kapela jedzie po bandzie. Ale dla mnie wszystko rozgrywa się jeśli nie w granicach normy, to przynajmniej zwykłej ludzkiej nadpobudliwości. Zresztą idę o zakład, że od samego początku mieli świadomość tego, że muzyka, którą za chwile wypuszczą w pełni ich rozgrzeszy. Wiedzieli też o tym, że nagrali płytę obok, której bardzo trudno będzie przejść niewzruszonym. To album, która kipi wręcz od buntu. Gruzja wszczyna rebelie, która jest bardzo dobrze ukierunkowana i to po mimo tego, że Panowie działają na tak wielu płaszczyznach muzycznych. Nie dziwi wiec fakt, że u niektórych wywołuje to nawrót odrazy, ale mnie ten album cieszy w chuj, w szczególności to w jak bardzo wyszukany sposób posuwają granice black metalu. Jest tutaj hardcore, jest crust, ale także szczątkowe formy elektroniki ze smakiem nadziewane. Tak oględnie mówiąc, to chuje z nich są, bo ruchają każdego po trochu. Ale robią to z miłości. Gruzini maszerują równo i zataczają koła. I nie są to koła gospodyń wiejskich (hehehe). Jakby tego było mało, ukręcili przy tym bekę jakiej ten kraj jeszcze nie zaznał. Wiadomo, że po pierwszej płycie nie wypada wysuwać żądań terytorialnych względem sceny, ale Gruzja z takim zapleczem może pozwolić sobie na na mocarstwowe plany. Jest sztywniutko.