Janusz Jurga – Duchy Rogowca

januszJanusz Jurga stworzył album, na którym obieg muzycznej energii tworzy ekosystem z szerokim układem powiązań. Duchy Rogowca zostały powołane do życia przez muzyka, który potrafi wyłuskać z leśnej fauny i flory nuty o unikalnej wartości. Tutaj nie wystarczy przywołać Gasa, czy też Roberta Richa, bo nasz bohater odprawia muzyczne gusła w rytm rodzimej tradycji, dzięki czemu ucieka od porównań, zaś świat przez niego tworzony to ukojenie dla tych, którzy są spragnieni dźwięków o długotrwałym i wyrazistym charakterze.

To płyta, która ma przy tym wydźwięk dość osobisty i choć pozszywana jest ze strzępów pradawnych emocji to potrafi napędzić niezłego pietra. Melorecytacja z „Ducha Pierwszego” od samego początku wykuwa w słuchaczu ten rodzaj skupienia, który jest potrzebny do tego, by w pełni skoncentrować się na całości materiału. J. to bardzo dobry muzyczny przewodnik, który porusza się z gracją zarówno w dark ambientowej gęstwinie, jak i w obszarze muzyki techno, którą można uznać za swoista strefę komfortu tego artysty. To bardzo dobre miejsce wypadowe i punkt obserwacyjny również dla słuchacza, z którego daje się dostrzec momenty, gdzie szlaki field recording’u przecinają się z dźwiękami o zabarwieniu tanecznym. Mnie najbardziej podobają się właśnie te fragmenty, w których to odskakując od głównej rytmicznej pulsacji, podążamy w nieznane za odgłosami przyrody. Zdarza się oczywiście, że przez dłuższy czas stłamszeni, powoli snujemy się bardzo blisko gleby. Trud ten jednak się opłaca, bo kiedy już uda nam się wbić w sam środek tego nieustanie pulsującego środowiska, najpełniej można odczuć obecność duchów. Zaklęte one zostały w śpiewie ptaków, czy też wepchnięte w mocno odrealnione sample. Dodajmy do tego wyczucie, z jakim przestrzeń została poszerzona przez drobne, ale niezwykle gęste skupiska szorstkich repetytywnych pogłosów. To wszystko świetnie koresponduje z mroczną atmosferą legend, które zostały spisane przez wuja muzyka. Janusz Jurga odwołując się do przeszłości, wyhodował swoje własne strzygi, które mogą siać spustoszenie o każdej porze dnia, nie wspominając już o nocy.

 

Good Night Chicken – You Like The Taste, Don’t You

good nig

Good Night Chicken to zespół, który nie ma parcia na jakąkolwiek rewolucję. Nie zmienia to jednak faktu, że Panowie na „You Like The Taste, Don’t You” zaczęli na forum publicznym wysuwać rezolucje o coraz to śmielszym charakterze. Po tej płycie z całą pewnością nikt ich już nie odeśle do macania kur. Formacja mocno przewietrzyła swoje studio i choć niektóre gesty nadal zdarza im się wykonywać mechanicznie, to woń smarów lo-fi i zasłyszanych garażowych motywów nie drażni już tak mocno, bo neutralizowana jest w pełni przez zaskakujący psychodelicznym nawiew.

Bydgoski duet w porównaniu do poprzednich płyt zaczął w końcu stawiać kroki, które trzymają się z dala od mocno wydeptanych ścieżek. Swoje walory podkreślił poprzez dokooptowanie do całego przedsięwzięcia szczypty elektronicznych barw. Oczywiście zabieg ten stosowany był już wcześniej, ale dopiero teraz wydaje się on mieć w pełni prawomocne podstawy. Trzeba przyznać, że na poprawę kondycji naszych bohaterów wpływ miała nie tylko kwestia stosownie dobranych ozdobników, ale i konstrukcja riffów, jak i całych kompozycji, które zanurzone zostały w nieco chropowatej produkcji. Artur Kujawa, który często posiłkuje się psychodelicznym rockiem stworzył kilka niepoczytalnych, lekko rozmytych w surf rocku zagrywek, które można uznać za główną siłą napędową tej płyty. Sporo ciepłych słów należy kierować również w stronę Tomka Gołdy. Muzyk w końcu uporządkował swoją grę, nabrał odpowiedniego dystansu i przestał tracić siły na szaleństwo bez pokrycia. O wiele lepiej wykorzystuje energię swojego instrumentu, skupiając się przede wszystkim na tym, by podkreślić puenty wyprowadzane przez gitarzystę. To ten rodzaj współpracy, który cenię sobie najbardziej, pozbawiony nadęcia, obrastający w piórka naturalności wspartej przez muzykalność. Do rangi wielkiego wydarzenia „You Like The Taste, Don’t You” z pewnością trochę brakuje, tym niemniej kapela dorasta w sposób, który musi, a przynajmniej powinien wzmagać coraz to większe zainteresowanie.

 

P*I*G – The Impulse Church

10fuckingstars-wordpress-com6„The Impulse Church” to płyta, przy okazji której oddychanie pełną piersią to zadanie ciężkie do zrealizowania. Jest to album, który przy pierwszym kontakcie bardziej odrzuca, niż daje nadzieję na pełne zrozumienie. P*I*G oprowadza słuchacza po opuszczonym kościele, w którym to ostały się stare industrialne liturgie. Jednak zanim na dobre przystąpimy do ich odczytu, pojeni jesteśmy winem z domieszką, nieco niezrównoważonych neofolkowych nut smakowych. To ten rodzaj „zanieczyszczeń”, który może powodować halucynacje. Omamy spowodowane mogą być również tym, że sklepienia stylistyczne łączą się bardzo wysoko, gdzieś na granicy muzycznej abstrakcji, do której należy przywyknąć. Ten album jest pełen niespodzianek. Zdarza się wszak i tak, że gitara przybiera quasi noisowe tony, pod naporem których spróchniałe belki toczą drobinki kurzu na syntezatorowe plamy. Jakub-Monika Lampart, który odpowiedzialny jest za wszystkie dźwięki spowijające to wydawnictwo, dobrze wie jak korzystać z dark ambientowych, powłóczystych, nieskoordynowanych naleciałości. Ukrył je w zakamarkach kompozycji nadając im kształt powoli nacierających impulsów. Czasami kłuje to w uszy, czasami wprawia w ekscytację. Oddzielając jednak ziarno od plew, bardzo szybko można zrozumieć, że tego pierwszego jest na płycie zdecydowanie więcej. Uczciwa robota niepozbawiona znaków szczególnych.