BNNT – Multiverse

bnnt-front-1500W muzyce, tak jak w życiu, nie brakuje hazardzistów. BNNT, to rasowy gracz, któremu ciężko jest udowodnić blef, tym bardziej, że na „Multiverse” kapela obiera ton prosty, suchy, ale przy tym nad wyraz precyzyjny. Ekscentryczność jest tutaj szyta raczej cienkimi nićmi, a główny nerw tej muzyki jest wyczuwalny instynktownie. To płyta pełna złudzeń, na które w ostatnim czasie jestem bardzo łasy, z którymi naprawdę przyjemnie jest obcować i to pomimo tego, że są one zazwyczaj umiejscowione na granicy sporadycznego napięcia.

Panowie zachowując rytmiczną ciągłość, utrzymując wewnętrzna dyscyplinę, paradoksalnie potrafią utrafić w sedno muzycznej łobuzerki. Stawiają na mantryzm, w którym nie próbują maskować swoich braków, tylko je dodatkowo rozchwiać na boki i rozwarstwić, by na samym końcu utopić w kraut rockowym brudzie. W tym miejscu ponarzekać można trochę na nieco skostniałe użycie elektroniki, ale jest to ten rodzaj grzechu, który nie ma wpływu na wymowę całości. Tym bardziej, że BNNT to zespół, który nadal umiejętnie potrafi igrać z noise rockiem. Robi to tym razem w sposób bardziej awangardowy, niż miał w zwyczaju. Zdarza im się wpuścić słuchacza w repetytywne maliny, a jak dobrze wiadomo, smak takich owoców docenia się z czasem. To wszystko z wyczuciem celu, a nie tylko dla samej zasady. Przy okazji tej płyty Konrad Smoleński i Daniel Szwed wyzbywają się resztek poczucia wstydu. Kiedy już koło obrotowe ruletki ruszy na dobre, przestają myśleć, zaczynają działać niemal podświadomie, a każdy ich kolejny dźwięk zostaje pogłębiony przez następny. Ten krążek to przykład na to, że umowna leniwość też może pobudzać zmysły, tym bardziej jeśli poparta jest atutami mocno okopanymi w muzycznej hipnozie. Z gitarą barytonową na czele, która rzuca na pokuszenie kilka soczystych, przesterowanych post rockowych fraz, by po chwili schować się za perkusją. Zestaw za którym zasiada Szwed nie należy może do najbardziej rozbudowanych, ale gdy wyrabiasz normę na takim sprzęcie, to raczej powód do dumy, niż do wstydu. Podobnie sprawy się mają z saksofonem Matsa Gustafssona, który mimo tego, że występuje tutaj gościnnie, podbija stawkę, rzucając na stół żetony o wysokim nominale. „The Last Illiterate” najlepiej dowodzi, że zna się on na rozbudowanych podziałach matematycznych. W żadnym razie nie jest to przekręt pod publikę. Skandynaw w trymiga chwycił konwencję zespołu i nie robi tutaj za podwykonawcę, ale za gracza w pełni świadomego rozwoju sytuacji na muzycznej planszy. Jego jazgotliwe partie to bardzo uczciwe dopełnienie tego skomasowanego krążka.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s