Anima Damnata – Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast

a2629134691_10Patrząc na polską ligową tabelę zespołów metalowych to Anima Damnata od zawsze sytuowała się w moim osobistym rankingu gdzieś lekko nad strefą spadkową. Na przestrzeni każdej ze swoich płyt potrafili oni rozegrać szybką kontrę, czy też pokusić się o kilka koronkowych akcji wyprowadzonych przez sekcję rytmiczną, co skutkowało tym, że w słuchaczu nie buzowało napięcie związane z uczuciem utraconego czasu. Po dziesięciu latach od ostatniego albumu, wracają z dźwiękami, które sytuują ich w gronie faworytów do mistrzostwa za rok 2017.

Ten awans to zasługa przede wszystkim dalszej i pogłębionej pracy u podstaw rytmiki. Panowie swoje atuty wykorzystują na całej szerokości muzycznego boiska. Kapela stawia tutaj zasieki, stosując wysoki pressing na słuchaczu, więc jeśli już zdecydujesz się posłuchać tej płyty szykuj się na to, że będziesz notorycznie poniewierany przez sekcję rytmiczną. Perkusista to gracz, który nogi, a właściwie nóg nie odstawia siejąc spustoszenie w środkowej strefie boiska. Jest to postać centralna dla całego widowiska, swoje postulaty intonuje w sposób dobitny, donośny i w pełni klarowny. Technikę użytkową stawia nad efekciarstwo. Każdy trener chciałby mięć w swoich szeregach takiego gracza, który potrafiłby dyktować tempo nie przesadzając z ozdobnikami. „Nefarious Seed Grows To Bring Forth Supremacy Of The Beast” jako całość jest albumem o niezwykle zwartej konsystencji, a moc bezwzględna została tu uwypuklona przez produkcje za która był odpowiedzialny M z Mgły. Udało mu się nadać tej płycie ordynarnego brzmienia do tego stopnia, że ciężko jest znaleźć słabe punkty tego wydawnictwa. Tym bardziej, że Necrosodom z solidnego ligowca wspiął się na „international level„, a jego gitara rządzi na skrzydłach niepodzielnie. Potrafi on jednym riffem, przenieść środek ciężkości z dala od wszelkich podejrzeń. Oczywiście zdarza mu się czasam zgapić niektóre wzory zachowań jak ten z utworu „Your Life Is Cursed” który może budzić skojarzenia z Deicide, ale potrafi też przy tym dla niepoznaki dodać kilka black metalowych fraz pełnych delirki. Szaleństwa niektórym może za to brakować w jego solowych wycieczkach po gryfie. Z drugiej strony warto jest w tym miejscu przytoczyć słynne piłkarskie przysłowie „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Anima Damnata po prostu świadomie korzysta ze swojego doświadczenia, to bardzo ważne jeśli myśli się o grze o najwyższe cele. To ekipa skrojona pod zdobywanie najcenniejszych pucharów, stać ich na to!

Chryste Panie – Chryste Panie

a4265867479_10Chryste Panie to zespół, który wystrzega się zwiotczałego jazzu, niczym ognia piekielnego. Za pomocą kompulsywnego w swych poczynaniach saksofonu, kapela skutecznie rozrzedza krew. Dodajmy do tego kolorowe, chociaż przeważnie uciekające w czerń plamy syntezatorów, a ręce same złożą się do oklasków.  Na pewno nie jest to łatwa muzyka w odbiorze i w jakimś stopniu trzeba się z nią zsynchronizować, dlatego też dla zrównoważonego bilansu słuchaczowi podawany jest punkt zaczepienia w postaci bardziej stonowanej gry perkusji.

Z początku dla zachowania równowagi trochę ponarzekam. Trzeba mieć niezliczone pokłady kreatywności w sobie, żeby na swoim debiutanckim krążku osadzić ponad sześćdziesiąt minut muzyki i ani przez moment nie znużyć nią słuchacza. Zdarzają się oczywiście momenty w których aż chce się wymigać od słuchania, ale są to przestoje, które nie mogą ważyć na obrazie całej płyty. Zgadza się, przydałby się lekki drenaż pomysłów, bo miejscami syndrom syntezatorowego przesycenia archaicznym brzmieniem może drażnić („Przejście”). Przyznać jednak należy przy tym, że Panowie potrafią wytworzyć wokół siebie yassową aurę tajemnicy, którą modelują na swoich regułach. To, co nadaje tej płycie wyjątkowej estetyki to dźwięk barabanu Michała Stawarza, który funkcjonuje tutaj niczym sok trawienny, a każde jego kolejne nabicie stymuluje nowe, rytualne wyobrażenia. Kapela nie wstydzi się też zrzucić swój kraut rockowy płaszcz i działać w sposób iście ordynarny ponad podziałami rytmicznymi („Zajście”). Podkreślić należy, że bardzo spójnie tutaj przebiega proces transformacji muzycznej energii z jednego instrumentu na drugi. Wydaje się, że na takie niuanse bardzo mocno uwrażliwiony jest saksofonista Michał Małota, który szybko potrafi podchwycić trop narzucony mu przez kolegów i uzupełnić je o kluczowe sformułowania. Czasami potrafi on wskazać drogę słuchaczowi poprzez pojedynczy akcent, innym razem wytacza kilka niejednoznacznych sugestii, które w ogólnym rozrachunku prowadzą główną oś narracji. Ten album może i nie tworzy żadnej alternatywnej rzeczywistości, ale jest przepełniony frazami, które warto jest przytaczać.