Stefan Wesołowski – Rite of the End

17265199_1342031392554563_8633194595064805247_nStefan Wesołowski idzie w zaparte i prze ku szczytom, pokonując kolejne etapy kariery, powoli stając się twarzą muzycznego dobrobytu. „ Rite of the End” to odcinek, w którym oprócz talentu, skrzypek wykazał się szóstym zmysłem, który ratuje go przed zbyt szybkim wykładaniem asów z rękawa. Operując napięciem w sposób niezwykle taktowny, spokorniał i liczy na spostrzegawczość swoich słuchaczy. Wzmagać to może impulsy i bodźce o istnieniu, których wielu już zapomniało. Utworów na tym albumie jest sześć, każdy z nich swój punkt szczytowy osiąga powoli. W tych nagraniach daje się wyczuć pokrewieństwo z muzyką forsowaną przez Tima Heckera, fragmentami na te dźwięki pada cień Księżyca, ale to nasz bohater stawia ostateczny stempel. Odciska wzór, w którym nacisk położony jest przede wszystkim na sferę muzyki klasycznej. Atmosfera uwypuklona została tutaj przede wszystkim przez brzmienie smyczków, które zostały wsparte przez mroczny, drone’owy nalot. Zdarzają się też momenty silnych, niemal noisowych wyładowań ( „Hoarfrost II”), czy nabijanie na pochód basowy, jeszcze żywych melodii („Rex, Rex!”). Zdaje sobie sprawę, że co bardziej wybrednym jednostkom brakować może przełamań, obowiązujących schematów i dłuższego, a przy tym bardziej owocnego funkcjonowania na granicy stylistyk. Z drugiej strony należy przyznać, że muzyk jeśli już decyduje się na zmianę biegów, to proces ten przebiega bardzo płynnie i nie powoduje efektu krztuszenia się. Szybka redukcja prędkości Wesołowskiemu też nie sprawia żadnych kłopotów, a znikoma ilość dźwięków nie powoduje ubytku autentycznych doznań. To płyta pełna klasycznego rozmachu, ale i kompozytorskiej dyscypliny, która jest wyeksponowana w sposób dbały i elegancki.

Converge, Gorguts, Havok – Zaklęte Rewiry, Wrocław (20.08.2017)

converge

Jadąc na ten koncert wieszczyłem apokalipsę. Wytaczając takie słowa trzeba być pewnym, że jedzie się na zespół, który jest w formie. Converge to formacja dla której, warto jest zdzierać sobie gardło, czy też pozwolić by ktoś w młynie nadepnął na odcisk. To ten rodzaj emocji, dla których warto jest się spalać. Zanim na scenie zameldowała się kapela Jacoba Bannon’a, w roli supportów zaprezentowały się dwie formacje: Gorguts i Havok.

Bez bicia przyznaję się, że na thrash metalowa rozgrzewkę w wykonaniu Amerykanów nie udało mi się dotrzeć na czas. Podobno mam prawo żałować. Koncert koncertem, ale zespół Havok to kapela, która na płytach od zawsze prezentowała się dla mnie niewiele powyżej średniej, a to żaden wyznacznik, by podjąć szybsze kroki. Tym bardziej kiedy człowiek głodny po podróży. Na łeb i na szyję gnałem za to na Gorguts. To była moja pierwsza wizyta w klubie Zaklęte Rewiry, dlatego też dość skrupulatnie wsłuchiwałem się w warunki akustyczne klubu. Formacja dowodzona przez Lemay’a zabrzmiała selektywnie, death metalowe bagno wciągało słuchacza na wielu płaszczyznach. Brakowało być może trochę dociążenia gitar, ale nie powodowało to ubytków w jakości widowiska. Muzycy tej kapeli wystrzegają się raczej tych najbardziej ekstremalnych temp – przedkładając nad prędkość nastrój. Zaczęli od klasyki, na pierwszy ogień poleciał „From Wisdom to Hate”, który odegrany został z niezwykłą precyzją. Kolejny utwór „Obscura” to dzieło wybitne, przepełnione psychodelicznym odrealnieniem napędzanym dysonansami. Z radością można było śledzić to, co się wyprawiało na wysokości sekcji rytmicznej. Panowie najwięcej czasu w swojej setliście poświęcili na kawałki z albumu „Colored Sands”. Utwór „Forgotten Arrows”, który kończył ich występ to najlepszy przykład na to, jak można osiągnąć głębię emocjonalną poprzez odnalezienie w swojej przeszłości kilku nośnych wątków, a następnie rozbudowanie ich na potrzebę teraźniejszości. To wszystko sprawia, że propozycja serwowana przez Gorguts pomimo przepychu kompozycyjnego swoją historię stale ryje w metalowej skale.

Kilka minut później…

Nie chce posądzać Converge o brak krzepy, czy też zaniedbanie kondycji fizycznej, ale ciężko jest zrozumieć, czemu Panowie grają tak krótkie koncerty. Niedosyt to zbyt łagodne słowo, by opisać moje odczucia tuż po ich gigu. Zdaję sobie sprawę, że takie występy zabierają dużo energii, ale w setliscie trafiło się kilka kawałków o mniejszym natężeniu, gdzie swobodnie można doładować akumulator i pohasać odrobinę dłużej niż ustawa przewiduje. Dobrze, dość narzekania, bo widowisko miało zdecydowanie więcej wzlotów niż upadków. Na pierwszy ogień poleciał „Dark Horse” najlepszy kawałek z krążka „Axe To Fall”. Kolejnym ciosem był „Aimless Arrow” z natarczywą pracą gitary, która jeśli już wychodziła przed szereg, dobijała gwoździe do podłoża z motoryką godną szczerych braw. Za to „Eagles Become Vultures” był popisem sekcji rytmicznej, w której prym wiódł perkusista Ben Koller. Jego gra to znakomity przykład, jak wspaniale można łamać wszelkie dotychczasowe konwencje o nieagresji. W nowe utwory nie do końca dane było mi się wgryźć, ale są one nacechowane jadem ociekającym sludge metalem, który miejscami mocno mnie zaskoczył. Ostatnie zakręty przed finałem to powrót do bardziej żywiołowej narracji. „Trespasses” i „Concubine” to kawałki, które pustoszą ducha, patrosząc słuchacza agresywnymi riffami. To powinien być wzorzec dla młodych adeptów, którzy chcą się sprawdzić na metalcore’owej scenie. Na sam koniec Converge odegrał jedenastominutowy kolos o nazwie „Jane Doe”. Kompozycja utrzymana jest raczej w wolnym tempie. Wokale jakby stłamszone, powoli przybierające na posturze. Dorastająca pod naporem, a to gitary, a to perkusji, ciśnie w stronę histerii. Tak się tworzy historię.

 

Dying Fetus – Wrong One to Fuck With

dyingfetuswrongoneNa ten zespół patrzyłem od zawsze z niesłychaną sympatią, jednak od trzech płyt czułem, że powstała między nami jakaś niezasypana szczelina. To nie tak, żebym miał jakieś roszczenia względem Dying Fetus, przez lata nie oczekiwałem żadnych przeprosin, czy też rachunku sumienia. Dobrze wiem, że to nie jest w ich stylu. Jedyne co mi pozostało, to z utęsknieniem wyczekiwać powrotu do brutalnej narracji z okresu „Destroy the Opposition”, czyli do czasu, kiedy to brud pod paznokciami pomieszany z krwią zakopywanych ofiar był na porządku dziennym i nikt nie robił z tego afery.

Krążek „Wrong One to Fuck With” to swego rodzaju zadośćuczynienie wynagradzające niedociągnięcia poprzedników. Panowie wykorzystując grindcore’owy sznyt i hardcore’owy groov, który zaprzęgli w swoje death metalowe sanie potrafią skłonić do obłędu. Rzecz jasna nie jest to pierwszy raz, kiedy to zespół szuka oparcia w dokonaniach Brutal Truth, czy Agnostic Front, ale utwory takie jak „Die with Integrity”, „Reveling in the Abyss” „Unmitigated Detestation” pełne są arcyciekawych pobocznych wątków. Ten album różni się od ostatnich trzech masywną pracą gitary, która nadaje całości posmak nieco nerwowej krzątaniny. Ruch dźwięków jest zdecydowanie mniej agresywny, ale za to bardziej dosadny. Nie jest to oczywiście najbardziej żywotny pomysł na death metal, ale tej płyty słucha się bez poczucia znużenia. I tylko żal, że ktoś rozsądny nie przysiadł i nie pochylił się nad brzmieniem perkusji, która na wysokości talerzy kuleje. Dying Fetus w tym aspekcie zgubił owczy pęd ku nowoczesności – dali się wykastrować z przyjemnych dla ucha wypukłości. Od nas zależy, czy będziemy kręcić nosem i wybrzydzać na wystające kości, czy skupimy się na kunszcie z jakim Panowie budują swoje akcje. Podstawa ich moralnego (lub jak kto woli niemoralnego) kręgosłupa nie została zachwiana. To cieszy i raduje.

 

The Ruins of Beverast – Exuvia

Ostatnim czasem z niekrytą przyjemnością doglądam, jak dużo muzycznych zadymiarzy penetruje i zaludnia obszar stanowiący przejście między mrocznym ambientem a metalem. The Ruins of Beverast to projekt, który w sprawny sposób korzysta z gitarowego pressingu, otaczając słuchacza ścianą dźwięku. Mało tego, kiedy sytuacja wymaga zróżnicowanego stylu gry, Alexander von Meilenwald potrafi w umiejętny sposób zwolnić tempo i kusić plamami ambientu dobranymi ze smakiem.

Na początek skupmy się jednak na tych bardziej hałaśliwych momentach i partiach. Mamy tutaj do czynienia z różnymi odmianami metalu. Alexander pokusił się o w pełni profesjonalny miks gatunkowy, który stapia się gdzieś na granicy doom i black metalu. Zdarza się także kilka błyskawicznych kontr death metalowych, po których można położyć po sobie uszy, ale jest ich procentowo niewiele. Nad wszystkim unosi się nieco teatralno – chóralny charakter, pełen symboli ukrytych między wierszami. Uprzedzając pytania, od razu dopowiem, że przesadnego patosu proszę się nie obawiać. To nie są tanie zagrywki pod publikę, to muzyka nacechowana świadomymi pociągnięciami strun i niezwykle pewnym dociskaniem klawiszy. Oczywiście, zdarzy się czasami bezwonny dryf muzyczny w stronę Katatonii, ale wydaje się, że są to chwilowe pit-stopy przygotowane ze strony Niemca. Pretensje można mięć o to, że nie postarał się o skondensowanie swoich pomysłów. Materiał trwa godzinę, a przy takiej długości ciężko jest uniknąć taniej cepeliady. Tym bardziej, że „Exuvia” to album, który został podany bardziej w formie metafizycznych opowieści, niż utworów. Twórca ma słabość do muzyki etnicznej, która objawia się na tej płycie w egzotycznych przyśpiewkach potęgowanych zazwyczaj przez elektronikę. W większości przypadków wychodzi to na plus. Równie ciekawym zabiegiem jest wyciąganie przed nawias industrialnych wtrętów z czasu, kiedy to Blut aus Nord się ich nie wstydzili. Niemca nie krępują więzy stylistyczne, dzięki czemu oscylacja pomiędzy jawą a duchowością nie odbywa się kosztem rozmycia dogmatów metalowych. Oby jak najdłużej.

 

 

Ropień – Początek końca świata

a4251308680_10Wydaje się, że Ropień to jednostka muzyczna, która została stworzona do zadań specjalnych. Zostali oddelegowani gdzieś na kraniec muzycznego świata, gdzie grawitacja nie działa tak jak powinna, przez co mamy do czynienia z lawirowaniem między stylistykami. To tutaj stykają się dwie płyty tektoniczne – punk rockowa i zimnofalowa. Brzmi to mało naturalnie? Skądże! Towarzyski szlif aranżacyjny sprawił, że rzadko kiedy wypada to tandetnie, czy też banalnie.

Panowie miejscami nadają na podobnych falach, co zespół Nagrobki. Jest to podobny kaliber chwytliwości nagromadzonej w melodiach, jak i tekście. Podziw wzbudza przede wszystkim kreatywność wokalisty, którego słucha się z niekrytą premedytacją. Słodko-gorzkie liryki wieszczące apokalipsę szybko zapuściły korzenie w mojej pamięci. Od kawałka „Inwazja porywczy ciał” i wersu: Salony kosmetyczne/ Kwiat chirurgii plastycznej/Chciałaś być twarzą dobrobytu/Będziesz ofiarą pasożytów trudno jest się uwolnić. Utwór ten to także przykład na to, jak płynnie i bez zgrzytów można się przemieszczać pomiędzy punkiem a hard rockiem z okolicy szwedzkiego Ghost. W żadnym razie nie czuć w tym odtwórczego dyskomfortu, gdyż całość została zaaranżowana w pełni profesjonalnie. Ropień stawia raczej na sprawdzone rozwiązania. Kapeli zdarza się czasami wybrać drogowskaz, który prowadzi słuchacza oklepanym torem jazdy. „Królowie życia i śmierci” na tle całości wypada dość prostolinijnie. Miejscami zdarza się, że zespół przytacza kilka niezobowiązujących nut. Tym, co cieszy w tym stylistycznym rozchwianiu najbardziej jest fakt, że nie można odmówić im naturalnej i w pełni rozrywkowej barwy. Dzięki niej zespół stale utrzymuje z słuchaczem kontakt wzrokowy, który im bliżej końca płyty, tym bardziej intryguje. To właśnie pod koniec tego albumu znajduje się kilka utworów, które śmiało można nazwać kulminacyjnymi. Osobiście preferuję kawałek „Wiosna”, gdzie ścierają się dwie siły – gitarowa obfitość z zimną plamą syntezatora, ale nie zdziwię się, jak ktoś wybierze barwiony metalem „O Nas”. Po takich numerach można sobie dużo obiecywać. Tędy droga na salony.