KRZTA – KRZTA

r-10101814-1491644857-5764-jpegPełnometrażowy debiut zespołu KRZTA wytacza działa w postaci argumentów, z którymi naprawdę trudno jest dyskutować. To płyta, na której olszyńskie trio przywołuje do życia dźwięki spod znaku Kobonga, poddając je obróbce metalowej. Nie ma tu jednak miejsca na proste kalkowanie emocji, ponieważ główne mathcore’owe wątki mają oryginalne punkty zaczepienia w postaci sludge metalowych rewersów o wysokim nominale. Trzeba przyznać, że kapela nie tylko wie, gdzie szukać wzorców wysokiej jakości, ale potrafi je należycie dostroić.

Poruszając się na tak rozchwianej płaszczyźnie trzeba zachować czujność, gdyż na tej jakże zawiłej muzycznej ścieżce bardzo łatwo jest stracić kontrolę nad brzmieniem. Panowie już od początku stawiają na wartki, soczysty w treść mathcore, który jest na tyle przejrzysty, by nikt kapeli nie zarzucił chłodu emocjonalnego. To płyta, która ma trzech równorzędnych bohaterów, ale w roli przewodnika najlepiej sprawdza się Kamil Błażewicz. Wybór dla wielu może się wydawać oczywisty, wszak mowa o wokaliście, który niezwykle barwnie i z dużą dozą metafor kreśli swoje wizje. Stawiając przede wszystkim na rytmiczne, powolne „wypluwanie” słów przykuwa uwagę słuchacza, w żadnym razie nie może nam to jednak przysłaniać faktu, że Kamil jest równie zdolnym gitarzystą. Ten, kto potrafi zważyć jego riffy, szybko zapewne zrozumie, o czym piszę. W tym miejscu chciałbym przytoczyć utwór „Kominy”, w którym to od sludge metalowych oparów robi się na tyle gęsto, że łapanie drugiego oddechu na niewiele może się zdać. Sekcja rytmiczna dostraja się do wysokiego poziomu swojego lidera, który zapewne już niedługo porozstawia widownię po kątach na swoich koncertach. Ten album połyka się ze smakiem, co prawda niektórym może brakować pikanterii w poczynaniach perkusisty, ale to nie powód, by się przesadnie mazać. Andrzej Postek to solidny gracz, który raczej stroni od niedomówień i „bije w bębny” ewidentnie pod zespół. Z takiego grania z całą pewnością w Polsce nie opłacisz wszystkich rachunków, co wcale nie oznacza, że KRZTA to zespół bez przyszłości. Perspektywy jak na moje ucho są bardziej niż zadowalające.

 

Code Orange – Forever

code-orange-forever-album-2017-800x800„Forever” to dziwaczny, tym niemniej bardzo udany balans na granicy legalności. Wydaje się, że jest to bardziej zasługa zespołowej intuicji, pomieszanej z pewną dozą szaleństwa, niż w pełni policzalnym wyrachowaniem. Kto o zdrowych zmysłach łączyłby metalcore z industrialem, obtaczał w powerviolence i dla pełnego nasycenia wplatał elementy sludge metalu? W tak skrajnych przypadkach z pomocą przychodzi instynkt, który na tej płycie odgrywa kluczową rolę. To broń, która powinna być na wyposażeniu każdego muzyka. Jest to oręż, dzięki któremu możliwe jest uchwycenie muzycznych cząsteczek trudnych do jednoznacznej analizy.

Synteza stylów zawartych na tym albumie nie zawsze jest procesem, który byłby w pełni kontrolowany przez zespół. Code Orange próbuje chwycić kilka srok za ogon i aby zachować równowagę musi nagiąć parę zasad. Dlatego też dla oczyszczenia atmosfery już na początku ostrzegam, że są na tej płycie fragmenty mocno ocierające się o nu-metal i to ze źródła, które chwały kapeli nie przynosi. Ale dość psioczenia, bo ten bałaganiarsko – nonszalancki styl bycia nie może przesłaniać prawdziwej wartości tego albumu, który ma sporo walorów. Krwiobieg tej kapeli przepełniony jest rytmiką spod znaku Integrity, która niezwykle sprawnie wtłaczana jest przez nadpobudliwego perkusistę. To prawdziwy lider, który pozostawia serce na muzycznym boisku, racjonuję i normuję gitarowe skurcze osadzając je na klarownym podłożu. Zyskuje w oczach już przy pierwszym kontakcie. Daleko szukać nie trzeba – tytułowy kawałek, który został umieszczony na początku płyty to zgiełk najwyższej próby. Mam głęboką nadzieję, że stanie się on kierunkowskazem do dalszych poszukiwań dla Amerykanów. Reszta kapeli nie zostaje w tyle za swym bębniarzem. Wrażenie na słuchaczu robić może przede wszystkim gitarowy motyw zawarty w kawałku „Real”. „The Mud” też ma w sobie kilka w pełni brawurowych zrywów. Czy fuzja hardcore’u z Nine Inch Nails w „Hurt Goes On” można nazwać udanym? Jeśli masz zmysł aranżacyjny, a za konsoleta siedzi Kurt Ballou, to ja nie widzę żadnego problemu. „Forever” to nie tylko album dający obietnice dalszych zysków, ale i pełnoprawny pokaz muzycznej odwagi.

 

Oxbow – Thin Black Duke

oxbow-thin-black-duke-1487864449-640x640Trzeba mięć dużo empatii w sobie by grać tak zróżnicowany noise rock, by z każdym kolejnym albumem wprowadzać motywy, które stanowić mogą o uniwersalnej prawdzie o gatunku. Zawsze szczerze bawił mnie tekst „pomysłami z tej płyty można by obdzielić kilka albumów innych kapel”, który używany był przy różnej maści recenzji z niesłabnąca wręcz częstotliwością. Żarty kończą się w chwili kiedy to człowiek staje naprzeciw „Thin Black Duke” i z każdym kolejnym odsłuchem zdaje sobie sprawę, że powyższe hasło ma racje bytu.

Ten album ewidentnie nagrany został pod bezrobotnego słuchacza, bo trzeba mieć naprawdę dużo czasu by wyłapać wszystkie smaczki. „Thin Black Duke” to noise rock wyrachowany, podskórnie buzujący bluesem, kipiący gitarową złością, która w pewnym stopniu trzymana jest na smyczy przez trąbki, smyczki czy też fortepian. Zadajmy sobie pytanie: czy to w jakimś stopniu ograniczyło Oxbow? Skądże znowu, oni po prostu naginają zasady w zupełne innych miejscach, niż to robili na poprzednich wydawnictwach. Tutaj działają bardziej u podstaw, dopowiadają, dogryzają sobie nawzajem, celnie ripostując kolegę z zespołu. Za małe dzieło sztuki bez wątpienia uznać można dysonans gitarowy Niko Wennera wieńczący „Letter Of Note”. Konwenansem jest też wspomnieć o „The Upper”, przy okazji którego, ciężko jest nie zbierać zębów z podłogi, w którym to szermierka muzyczna jest na najwyższym poziomie. Takie środowisko to woda na młyn dla Eugene’a Robinsona, który nie tyle śpiewa, co obnaża się wokalnie. Ma u mnie respekt po wsze czasy. Tak, jak i cały zespół, który w moim przeświadczeniu na zawsze już zostanie punktem najwartościowszego, noise rockowego zapożyczenia. Bierzcie i kopiujcie z tego wszyscy, a będziecie mieli we mnie słuchacza.

 

Idles – Brutalism

tumblr_static_5d71o4pmncow4s4kw080w8kc0To zespół z kategorii tych, które jeńców nie weryfikują. Na płycie „Brutalism” Brytyjczycy biją każdego po równo i już od pierwszego utworu patrzą jak od ostrej hardcore’owej nuty puchną uszy. Robią to, w sposób cyniczny, z uśmiechem na twarzy. Mają jednak do tego prawo, gdyż swoją muzyczną narrację wzbogacili sporą ilością niezwykle lotnych i aromatycznych melodii, od których ciężko jest się uwolnić. To, jest rodzaj arogancji godnej pozazdroszczenia, bo przepasanej rzadko słyszalną przebojowością.

Zazdrościć można im też wokalisty, który nie szczypiąc się i w rzeczowy sposób, bo nie zaryzykuję słowa trzeźwy, rozlicza się z niezdrowymi emocjami. Sporo w tym gniewu, ale dla równowagi, sporo też brytyjskiego humoru napędzanego ironią. Joe Talbot ostrzega przed pychą, która kroczy przed upadkiem, a że referencje wokalne ma najwyższej klasy, to wierzę mu w każde słowo, bo w takim buncie jest metoda. Strategia muzyczna też wydaje się dość prosta. Gitary skalibrowane są pod płynne frazy wypowiadane przez sekcje rytmiczną. Panowie Jon Beavis (perkusja) i Adam Devonshire (gitara basowa) stanowią niezachwiany monolit, iż wydaje się, że sam diabeł ich wyswatał. Jest na płycie kilka odniesień przy których serce fanów Killing Joke(„Divide & Conquer”), czy The Fall(„White Privilege”) mocniej zabije, ale są to skondensowane półsłówka, które nie są pozbawione świeżych wartości odżywczych. Idles to dziarska ekipa, która rzadko kiedy wyprowadza źle mierzony cios („Benzocaine”). W ogólnym rozrachunku jest to dobra płyta, daleko jej jednak do zamachu stanu, który wyprowadziłby ludzi na ulice. Wydaje się jednak, że kapela osiągnęła swój cel i okopała się w dogodnym położeniu, zdobywając przy tym kilka przyczółków, które wyprowadzą ich na szerokie wody. Trzymam za nich mocno kciuki, by nadal zachowywali balans między niesfornym punkiem, będąc z dala od wystylizowanego wyrachowania.