Nagrobki – Granit

nagrobkiNagrobki kolejny raz próbują oswoić słuchacza ze śmiercią. Chwytają się różnych sposobów, które emanują humorem i to nie koniecznie czarnym. Panowie przy tym opanowali kilka chwytów marketingowych, które w sposób niezwykle sugestywny przemawiają do wyobraźni. Mówi się, że na trzeciej płycie poznajemy prawdziwe oblicze i potencjał zespołu. Witkowski i Salamon nagrali płytę pełną sprzeczności, zachowując jednak strukturę i ten rodzaj nieporządku, który jest ożywczy dla fantazji.

Na albumie „Granit” mało jest rzeczy w pełni oczywistych. Zdarzają się momenty drobnej dezorganizacji, kiedy to białe staje się czarne, a czarne mieni się bielą. Trudno jest jednak zachować czujność, kiedy to jazz wdaje się w potyczkę słowną z garażowym punkiem, ale bez obaw równowagę tej płycie nadaje produkcja. Goście na tym albumie traktowani są po królewsku i dostają sporo przestrzeni, przez co nić porozumienia między stylistycznego jest łatwo wyczuwalna i co najważniejsze przyswajalna. Czy kogoś to dziwi? Mając na swym pokładzie Walickiego, Trzaskę czy Ziętka czy można mówić o strachu przed pomyłką? Oni nie raz otrzaskali się o zgiełk muzyczny i wychodzili z takich pojedynków jako zwycięzcy. Tutaj też radzą sobie nad wyraz dobrze, stawiając czoło buntowniczej formule Nagrobków. Swoją obecność na tej płycie najmocniej zaznacza jednak dźwięk puzonu Michała Skroka, to on korzystając z donośnych zgłosek najgłębiej „ryję” w szyku kompozycji. Struktura utworów jest wyrazista i klarowna, ale zarazem ciężka do jednoznacznego zaszufladkowania. Gospodarze tez stają na wysokości zadania, w pierwszej kolejności swoją uwagę zwrócić należy na „Nie Chcę Myśleć O Śmierci” zbudowany na zbilansowanym rockowym podkładzie. W zasadzie, to w żadnym numerze Panowie nie dają plamy, nawet jeśli czasami grają trochę z przymrużeniem oka to jest to świadoma postawa, a nie standardowe palenie głupa.

 

Gnod – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

launch1092bgnod2b25e2258025932bjsnttprwcfidm_sPrzed kapelą, która wykazuje się aż taka dużą elastycznością stylistyczną, cholernie trudno jest się obronić. W przypadku Gnod nie pomaga żadne szczepienie ochronne czy też profilaktyka. Oni potrafią grać na kilku frontach nie tracąc przy tym na intensywności. Przy okazji „Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine” kapela postawiła na stare, sprawdzone post punkowe zaklęcia z wyczuwalną noise rockową wibracją.

Wydawać się może, że Gnod swoją grę oparł o nadwątlone klisze muzyczne, jednak w przypadku tego zespołu grzechem jest nie wspomnieć o gibkości i sprycie z jakim Anglicy poruszają się między teraźniejszością, a przeszłością. Chwalić należy ich również za to, że w pełni kontrolują sens swojej wypowiedzi. Centrum logistyczne tej płyty znajduje się na wysokości dźwięku sekcji rytmicznej, to ona stanowi trzon dla poszczególnych kompozycji. Aby grać z takim wigorem i tak dokładnie czyścić przedpole pod gitarowy jazgot, należy pod względem kondycyjnym przygotować się bez zarzutu. Gitarzyście zdarzają się momenty przestoju, w których słuchać nadmierną szczerość, która wydaje się być ciosana z topornych riffów („Bodies For Money”), ale z drugiej strony za takie motywy jak ten z „Real Man” idzie się dać pokroić. Pierwsi pod nóż zapewne pójdą Ci którzy tęsknią za NoMeansNo. Urok tej płyty odczuwa się podskórnie, działają w tym wypadku emocje ukryte, odczuwalne w pełni instynktownie. Nieortodoksyjne podejście do rytmu i melodii wiele ułatwia, otwiera furtki dla nowych możliwości. U perkusisty wyczuwalna jest tendencja do zapętlania wybranych motywów, co wcale nie implikuję poczucia znużenia. Dla mnie rytuał muzycznych powtórzeń, który zespół celebruje w „Stick In the Wheel” to prozak dobrany zgodnie z recepturą. To jest ładunek najwyższej klasy, że nawet Michael Gira chętnie pokłoni się nad takim towarem, ze zwiniętym banknotem w ręku.

 

 

Wywiad: Jarek Marciszewski (Popsysze)

popsysze!

Na początek delikatnie: skąd pomysł na wspólne granie?

Graliśmy wszyscy wcześniej w zespole Towary Zastępcze, a jeszcze wcześniej osobno w innych składach trójmiejskich. Już podczas grania zanim powstało Popsysze wiedzieliśmy, że dobrze się rozumiemy muzycznie i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Chcieliśmy też spróbować też czegoś dla nas nowego. Rockowe Power trio było idealnym pomysłem na początek i tak zaczęliśmy grać proste piosenki z tendencją do ich rozwijania w różnych kierunkach.

Czy to już koniec zabawy ze słowem „pop”, które przyozdabiało nazwę waszych poprzednich albumów?

Tego jeszcze nie wiemy w Popsysze nic nie jest na 100 % na dzień dzisiejszy myślę, że ten rozdział jest zamknięty. Dwie pierwsze płyty pomimo pewnych różnic były mocno piosenkowe, zawierały w sobie „pop”. Na trzeciej płycie już tego nie ma albo jest bardzo mało. Ciężko mi teraz powiedzieć jaka będzie nasza następna płyta.

Pomorze – czyli z jednej strony woda z drugiej drzewa. Czujecie się bardziej ludźmi lasu czy morza?

To pewnie jest pytanie do każdego z nas. Ja chyba bardziej czuję się człowiekiem lasu. Lubię kontakt z przyrodą we wszystkich jej postaciach ale las jest dla mnie bardziej zagadkowy i dynamiczny. Kocham też morze, ze względu na przestrzeń i siłę. Reasumując w Popsysze jest morze i las.

Przyznam, że słuchając „Kopalino” nie byłem do końca przekonany do waszej muzyki. Koncert rozwiał we mnie wszelkie wątpliwości i dałem się kupić w całości. Od premiery albumu minęło już trochę czasu, czy wyczuwasz na płycie jakieś niedociągnięcia, które byś poprawił?

Kopalino” to pierwsza płyta, z której jesteśmy w pełni zadowoleni. Nie ma tam utworu, w naszym odczuciu zbędnego. Z drugiej strony oczywiście słyszę już rzeczy, które bym poprawił albo zmienił. Teraz słyszałeś ten materiał na żywo, wydaje mi się, że jest trochę bardziej ograny i „oswojony”. Pojawiło się też więcej swobody i zabawy formą. Większość płyty poswatała w Kopalinie, więc nie było tam już czasu na swobodne zostawianie przestrzeni otwartych. Dużo utworów tworzyliśmy w ciągu jednego tygodnia, udało nam się nagrać dość zamknięte formy, które teraz na nowo „psujemy”. Brzmieniowo też uważam, że mogliśmy klika rzeczy zrobić inaczej. Ale podczas nagrywania najważniejsze było uchwycenie atmosfery domku, w którym graliśmy i myślę, że się nam udało.

Pojawiło się kilka recenzji waszej nowej płyty czy jest jakiś komplement który was ujął szczególnie? A może zauważasz jeszcze jakieś atuty, o których jeszcze nikt nie wspomniał?

Mam wrażenie, że recenzenci odkryli główny zamysł płyty. Zastanawialiśmy się jak zostanie potraktowana trzecia płyta, która zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich. Czytając recenzje odnoszę wrażenie, że jest to dobrze odbierane. Bardzo zależało nam na uchwyceniu miejsca, w którym nagrywana była nasza płyta i mam wrażenie, że to się udało. Nie wiem czy wszystkie aspekty zawarte na płycie zostały wspomniane, ale to już każdy może odkryć indywidualnie.

Jak wygląda proces twórczy w przypadku grania w Popsysze?

Z reguły ja przynoszę pomysł i potem wspólnie nad nim pracujemy, ale na płycie są też dwa utwory Sławka Draczyńskiego. Utwór zawsze bardzo się zmienia w procesie twórczym, zdarza się, że radykalnie zmieniamy aranżacje. Bywa też tak, że po zrobieniu utworu decydujemy, że nie znajdzie się na płycie. Tak samo było podczas tej sesji, ale utwór odrzucony gramy na koncertach. Bardzo ważna jest też dla nas improwizacja, nawet jeżeli nie powstają z tego utwory staramy się ją wpleść w pewnych fragmentach.

Czy macie biznesplan na rozwój brzemienia i form utworów?

Mamy jakiś pomysł na utwór albo płytę jako całość. Potem różnie bywa z ich realizacją, czasami idziemy w zupełnie innym kierunku, ale potrzebna jest nam baza, na której możemy pracować albo na podstawie, której zrobimy coś innego. Na pewno ważny dla nas jest aspekt brzmienia jak najbardziej naturalnego, zbliżonego do koncertów. Dlatego wszystkie nasze płyty zostały nagrane na setkę.

A którą część procesu wydania płyty lubisz bardziej – nagrywanie czy koncertowanie?

Lubię obydwie, bardzo lubię też nagrywanie. Ale moją ulubioną częścią tworzenia muzyki są zdecydowanie koncerty.

Jesteś w stanie wymienić wykonawców, którzy mieli na was największy wpływ?

Dla mnie zawsze była to Ścianka ale też muzyka afrykańska tj: Ali Farka Toure czy Tinariven. Poza tym ważne dla mnie zespoły podczas nagrywania tej płyty to: Slint, Kristen, Toe, Horse Lords, Moondog czy Pond.

Za chwile dobijecie do 10 lat istnienia zespołu. Jakie wydarzenia w Waszej historii wspominacie najczęściej i czy są takie o których chcielibyście, jak najszybciej zapomnieć?

Myślę, że każde wydanie płyty jest dla nas wyjątkowym momentem. Bardzo dobrze wspominamy koncert z Damo Suzuki w całości wyimprowizowany. Szczególnym doświadczeniem był też projekt Pure Phase Enamble pod przewodnictwem Laetiti Sadier i Raya Dickaty ale też w gronie świetnych polskich muzyków. Traumatycznym momentem był na pewno moment, przy nagrywaniu pierwszej płyty gdzie w pierwszych odsłuchach miksu okazało się, że perkusja gdzieś zniknęła, ale na szczęście okazało się, że trzeba odwrócić fazy i wszystko było ok.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać o wasze cele i marzenia związane z Popsysze?

Nagrać jak najwięcej płyt, z których będziemy zadowoleni. Grać jak najwięcej koncertów i czerpać przyjemność ze wspólnego tworzenia.