Slowdive – Slowdive

slowdive-1493323990Faktem i to niepodważalnym jest to, że ten album został nagrany w oparciu o pragmatyczne podstawy, które sprawdzały się na początku lat 90′. Najważniejsze jednak, iż nie czuć na nim efektu rozdęcia, tak znamiennego dla zespołów, które powracają na scenę po dłuższej przerwie. Slowdive nie wróciło bez powodu. To płyta, na której akt odkrycia nie polega na tworzeniu nowych ścian dźwięku, a na nakładaniu zmysłowych dream popowych farb na już istniejące.

Slowdive postawiło na wypełnienie ubytków za pomocą malowniczych nut, ocierających się niemal o popowy charakter. Całe szczęście faktura poszczególnych nut nie osiada na dnie, gdyż zespół zręcznie korzysta z gitarowych przesterów, rozprowadzając je po powierzchni w sposób bezpieczny, ale nie trącący banałem. Za przykład niech posłuży drugi na płycie numer „Star Roving”, w którym to riff dobrany jest w sposób idealnie wyważony do częstości delayów. To, nie tylko świetny sposób na to, by zamaskować niedoskonałości techniczne, ale także wyciągnąć maksimum z tych niespiesznych struktur dźwiękowych. Mało, który zespół robi to tak dobrze, jak oni, ale tym, którym wydaje się, że Slowdive to zespół podstarzałych emerytów polecam sprawdzić kawałek – „No Longer Making Time”. Wydaje się, że to właśnie nad tym utworem kapela pracowała najdłużej. Nośne, shoegaze’owe wzory nałożone przez gitarę Christiana Savilla sprawiają, że trudno jest się oderwać od tych nut. Jest to dla mnie punkt kulminacyjny tej płyty, jednak odsądzać od czci i wiary nie zamierzam tych, którzy na dłużej zatrzymają się przy okazji „Go Get It”. Być może nie jest to ten sam rodzaj połysku, ale przynajmniej nie trzeba zdzierać paznokci, by doszorować się do piękna tych melodii.

 

 

Mgła, Lvcifyre, Bestial Raids – Klub Progresja, Warszawa (1.05.2017)

mgła

To była droga majówka, całe szczęście, że nie tylko dla mojego portfela. Koncert Mgły dostarczył emocji bogatych w witaminy, ale i również w trudno dostępne minerały. Doprawdy niewiele jest kapel, które równie starannie i głęboko penetrują black metalowe tereny pokryte przez tak grubą warstwę lodu. Ale zanim zaprzęgiem ruszyłem w głąb mroźnej krainy, potrzebna była dobra rozgrzewka, która pobudzi układ krwionośny. Zapewnić ją mieli panowie z Bestial Raids i Lvcifyre.

I jeśli drugi zespół dobrze wywiązał się z tego zadania to pierwszy skonał na przedpolu. Bestial Raids zaproponował sterylny w swej wymowie metal, w którym to schematyzm goni reumatyzm. Ciężko jest odnaleźć w tej muzyce punkty zaczepienia, które mogłyby uruchomić lawinę ekscytacji. Panowie zagrali jednowymiarowo, prowadząc narracje w przystępny, ale mało wyrazisty sposób. Najbardziej w uszy kuły fragmenty war metalowe, które niestarannie i bez żadnego znieczulenia zostały wykrojone z płyt Blasphemy. To boli, bo na tak mocno „chrzczonym” paliwie nie zajedzie się za daleko. O niebo lepiej zaprezentowali się Anglicy z Lvcifyre. Najbardziej cieszy fakt, że muzyka grana była na wysokich obrotach, a kapela nie zapomniała o stawianiu kropek nad i. Dobrze wyważone akcenty death metalowe toczyły mulistą, black metalową krew. Zespół pokazał, że potrafi w pełni przytomny sposób składać zdania muzycznie złożone, które nie ranią słuchacza nieprzystającymi krawędziami stylistycznymi.

Z dziesięć, może dwadzieścia minut później…

To nie był długi koncert, raptem niecała godzina, ale tego można było się spodziewać. Ten występ był zaprogramowany od początku do samego końca. To, niesamowite jak sprawnie działa ten zespół, jak świadomie osadza nuty. Na tak ogromny sukces niełatwo było znaleźć odpowiedni przepis, ale w przypadku Mgły ascetyzm pozwolił szerszej gawiedzi w pełni przełknąć szorstkie rysy black metalu. Mikołaj i reszta kompanów zdają sobie sprawę z tego, że nie wystarczy ciekawy riff, by kompozycje móc uznać za w pełni udaną. Oni starają się ubarwić swoje nuty na kilku płaszczyznach. Ile jest zespołów, które tworzą tak ciekawe melodie, jak te które okalają „With Hearts Toward None VII”. To właśnie ten utwór rozpętał pod sceną największe pogo. Ale po drodze było jeszcze kilka momentów świadczących o wielkości tej kapeli. W kawałku „Mdłości II” aura mistycyzmu, napędzana przez paraliż dźwiękowy wprost zniewalała, a silna nić porozumienia sekcji rytmicznej z gitarą zaostrza apetyt na końcowe meritum. Na apogeum, na które czeka się z niekrytą wprost przyjemnością. Kapeli w tym utworze udało się uderzyć w sedno black metalu, bez okazywania przerysowanych czułości. Na scenie grają w sposób stateczny, ale niezwykle skuteczny. Dla mnie jest to w pełni zrozumiały zabieg. Czy warto uprawiać dodatkową pracę fizyczną kiedy to muzyka wychodzi poza granice cielesne?