WYWIAD: Jakub Lemiszewski , Mikołaj Andrzejewski, Mateusz Gawineck (GOŁĘBIE)


gołębie

Hejże. W kraju, w którym rządzi orzeł biały, odważnym jest nazwać swój zespół Gołębie. Skąd taka nazwa?

Lemisz: Nie wiem czy to odważne. Gołębie to takie wędrowne miejskie stworzenia więc czujemy do nich sympatię. Poza tym Gołąbek Pokoju jest zawsze miłym skojarzeniem.

Mikołaj: Nazwę wymyślił Mateusz, a mnie się ona podoba, bo gołębie to takie ptaki, które żyją w miejskim zgiełku, a jednocześnie są w stanie wzlecieć gdzieś ponad ten codzienny hałas. Tak jak my.

Mateusz: Nie widzę żadnego związku, więc nie ma w tym niczego odważnego. Tym bardziej, że wymyślenie nazwy wyglądało mniej więcej tak:

-To musimy to jakoś nazwać.

(10 sekund ciszy)

-Może Gołębie?

-OK.

Cofnijmy się na moment do początków. Zespół zakładaliście jakieś 2 lata temu. Skąd się znacie, jaka jest wasza historia ?

Lemisz: Z mojej strony historia wyglądała w ten sposób, że pewnego ciepłego dnia w roku 2015 zadzwonił do mnie Mateusz z pytaniem czy nie pograłbym na perkusji w kompozycjach, które zaczął ostatnio kleić. Wspominał coś o blackmetalowych rytmach i o ładnych melodiach więc mnie tym pomysłem przekonał. Szczególnie, że chciałem poprawić swoje umiejętności jako perkusista. Jedyny problem polegał na tym, że mieszkałem wtedy w Warszawie i musiałem dojeżdżać na próby. O dziwo ten system zadziałał bardzo dobrze bo nie traciliśmy czasu na głupoty i każda próba przynosiła bardzo konkretne muzyczne efekty. Co do tego skąd się znamy to znamy się od dość dawna, ja i Mikołaj jesteśmy z Poznania i znamy wielu ludzi ze środowiska muzycznego w tym mieście. Z kolei z Mateuszem poznaliśmy się jakoś w 2012 roku i z miejsca się polubiliśmy. Wszyscy lubimy muzyczkę i siedzenie z ekipą do późnych nocnych godzin. Najlepiej nad wartą i najlepiej ze śmiesznymi papierosami.

Mikołaj: Jakub już dość dobrze to opisał – znamy się, bo obracamy się w podobnych kręgach i po prostu na siebie trafialiśmy przy okazji różnych koncertów, wypadów, imprez. Wszyscy grywaliśmy wcześniej w różnych projektach, więc wiedzieliśmy, czego się po sobie spodziewać muzycznie. No i bardzo lubimy się jako ludzie, zgadzamy się w kwestiach światopoglądowych, a jeśli się spieramy, to tylko o głupoty.

Fascynacja jakimi albumami pchnęła was do założenia kapeli? Czy macie może wspólną płytę, która cenicie równie mocno?

Lemisz: To dość trudne w naszym przypadku znaleźć album, który każdemu z nas jakoś absolutnie by się podobał. My bardzo lubimy ze sobą grać – bez przyrównywania tego do czegoś konkretnego co już się wydarzyło. W zasadzie to najbardziej inspirują nas inni znajomi, którzy też grają wspaniałą muzykę. Jeśli już koniecznie mówimy o ‚uznanych’ albumach, to może na siłę takim albumem będzie „Loveless” My Bloody Valentine? Chociaż z tego co wiem, to Mikołaj jest bardziej „team Slowdive” i w ogóle bardziej „team post-rock”. Może lepiej odpowiem za siebie – jeśli chodzi o gitarową muzykę to jestem wielkim sympatykiem My Bloody Valentine (wszystko z naciskiem na epki i Isn’t Anything), Sonic Youth a najbardziej wczesnego etapu twórczości tego zespołu – od Bad Moon Rising do Daydream Nation. Bardzo bliska jest mi też muzyka takich zespołów jak Ścianka (Pan Planeta najlepszy), Les Rallizes Denudes, Darkthrone Alibabki, Beach Boys, The Ronettes, Velvet Underground, Swirlies, Vivian Girls, The Shaggs.
Chociaż ostatnio i tak prawie nic z tego nie słucham.

Mikołaj: Mamy jakiś wspólny mianownik oczywiście, są płyty, co do których wszyscy zgadzamy się, że są genialne, ale tak naprawdę nasze gusta podryfowały w bardzo różne strony. Wspólny korzeń to na pewno wczesny shoegaze, noise rock, dream pop. Ja osobiście lubię też bardziej patetyczne granie, jestem wielbicielem Swans, Nadji, Sunn O))). Kocham także zimną falę, ale nie znoszę „normalnego” punk rocka. Z polskich rzeczy najlepiej wchodzą mi projekty black metalowe spod szyldu „Let the World Burn”.

Mateusz: Nie wszystkie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale nitko leć: Sonic Youth „Evol” i pewnie jeszcze kilka innych; prawie wszystkie płyty solowe Johna Frusciante ze szczególnym uwzględnieniem trzech pierwszych oraz projektu Ataxia; ekipa LSO nie wydaje płyt, ale to co robią było i jest wielką inspiracją; tak samo jak rzeczy wypuszczane przez typów z kolektywu Dark World; Warpaint „Exquisite Corpse”; „Loveless” oczywiście; sporo muzyki Animal Collective; tak jak Mikołaj lubię black metal, Mgłę wielbię; może jeszcze dodałbym Unwound-Leave Turn Inside You. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Nie mogę też nie wspomnieć o właściwie całym polskim niezalu i niezliczonych projektach i wydawnictwach znajomych.

Jak wygląda proces tworzenia waszej muzyki? Czy podstawową formą waszego grania jest improwizacja?

Lemisz: Zazwyczaj wygląda to w ten sposób, że Mateusz przynosi szkic utworu i wokół tego szkicu tworzymy dalsze partie, zmieniamy strukturę itd. Wokal i tekst zawsze pojawia się na samym końcu. Improwizowane momenty zdarzają nam się bardziej na koncertach niż na próbach. Po prostu między niektórymi fragmentami są przewidziane miejsca na nieprzewidziane zdarzenia. Wtedy to głównie ja i Mikołaj mamy pole do popisu, a Mateusz może zając się niszczeniem swoich gitar.

Po ilu epkach warto jest wypuścić album pełnometrażowy?

Lemisz: Myślę, że nie ma żadnej reguły. Szczególnie w tych czasach gdy format nagrania jest rzeczą całkowicie umowną. Nagrania mające trochę ponad 20 minut uznawane są czasem za pełnoprawny album, z kolei całkiem długie i kompletne muzyczne wypowiedzi wciąż uznawane są za EPki. W naszym przypadku będzie tak, że kolejne nasze wydawnictwo na 90% będzie albumem.

Mikołaj: Nie ma na to reguły. Jeżeli ma się materiał, który się spina i działa jako całość, to się go wypuszcza. Epka bądź nie.

Mateusz: Nie warto wypuszczać epek XD

Długość życia gołębi to średnio 10-12 lat, niektóre dożywają nawet 20 lat. Popuśćmy wodze fantazji : czy wyobrażacie sobie, że możecie przetrwać tak długi czas?

Lemisz: Z jednej strony czemu nie? Bardzo lubię grać z chłopakami, ale z drugiej strony trzeba być naprawdę ponadczasowo genialnym zespołem, by w dobrej formie przetrwać taki szmat czasu. Na pewno nie chcielibyśmy stać się jakimś Kazikiem albo Pidżamą Porno (chociaż spoko byłoby kosić hajs na juwenaliach do późnej starości hehe). Zakładając, że Gołębie przetrwałyby tyle czasu to na pewno od wysokości 3 lub 4 albumu zaczęlibyśmy grać zupełnie inną muzykę. Może Tropicalia?

Mikołaj: Ja nie wiem, co będzie jutro, a co dopiero za 10 lat. Na pewno chciałbym z chłopakami grać jak najdłużej, bo sprawia mi to radość.

Mateusz: Nie przeżyję tyle jako człowiek. Tak naprawdę to nie wiem, bliżej mi do jazzowego podejścia i krótkich, konkretnych strzałów. Myślę, że wyłapiemy moment, w którym będziemy wiedzieli, że powiedzieliśmy jako Gołębie wszystko, co mieliśmy do powiedzenia. I raczej nie będzie to kwestia czasu a potencjału, który mamy.

Czy jest jakiś gatunek, podgatunek muzyki, którego szczerze nie znosicie i nigdy nie będzie on składową waszej formacji?

Lemisz: narodowosocjalistyczny rock, polskie reggae i power metal. Chociaż kto to wie, co przyniesie przyszłość. A tak serio to po co gadać o tym czego się nie lubi i o tym czego się nie zrobi?

Mikołaj: Ja nie znoszę bałkańskiego folku.

Mateusz: Odpycha to elityzm muzyczny. Po części podpisuję się też pod tym, co powiedział Lemisz.

Porozmawiajmy chwilę o waszej koncertowej aktywności. Gdzie było wam najlepiej?

Lemisz: Z Gołębiami przyjęliśmy system koncertowania, który bardzo mi odpowiada – raz w miesiącu jedziemy na dwu-trzydniową trasę. Tym sposobem zagraliśmy dotychczas (nie licząc poznania) kilka razy w Warszawie, w Szczecinie, w Krakowie, we Wrocławiu w Łodzi i Ciechanowie. Z wyjazdów najlepiej grało nam się ostatnio w Warszawie (w towarzystwie Złotej Jesienii i Melisy) oraz w Krakowie. Następnym krokiem będzie pewnie Bydgoszcz/Toruń, z kolei w dłuższej perspektywie planujemy w czerwcu wycieczkę po krajach bałtyckich z Melisą.

Mikołaj: Najlepiej wspominam koncert w Krakowie, gdzie było bardzo żywiołowo, dobrze nas nagłośniono i udało mi się naprawdę wkręcić w występ.

Mateusz: Mnie najlepiej jest w drodze. Zawsze mi miło, gdy myślę o gigach, na których odczuwam szczerość, ekspresję i zaangażowanie osób z publiczności. Granie dla dobrych ziomków w Poznaniu i Warszawie jest czymś nie do końca mieszczącym się w terminie „koncert”. Gościnność Radka Soćko ze Szczecina i w ogóle tego co robi ze swoją epiką zasługuje na wyróżnienie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s