Wywiad: Overkiller, XXX-Bomber (Nuclear Holocaust)


nuclear-holocaust-band

Hejże. Pierwsze pytanie na rozluźnienie. Pochodzicie ze Świdnika, co robicie na co dzień?

Overkiller: Cześć. Na co dzień jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy nie łoją w Nuclear Holocaust.

XXX-Bomber: Siema. Nawiązując do Overkillera: ale gdy przychodzi łikend, zrzucamy kamuflaż i zmieniamy się w zapijaczonych, rokenrolowych bydlaków!

Drugie już z grubej rury. Wybuchała wojna i jest konflikt rzecz jasna nuklearny. Do schronu możesz zabrać trzy płyty. Jakie to będą albumy?

O-K: Na pewno nie nasze, hehe. „Peace sells …”, „Bomber” i jeszcze jedną kopię „Bombera”, bo pewnie te pierwszą złamię, albo zgubię.

XXX-B: „The Number of the Beast”, „Oddech wymarłych światów” i jakieś the best of Misfitsów.

Pobawmy się trochę wehikułem czasu: przenosisz się do 2014 roku. Czy jest coś, co na przestrzeni tych 3 lat byście zmienili w funkcjonowaniu zespołu?

O-K: Trudno powiedzieć, bo nikt wtedy nie planował jeszcze założenia tego zespołu – wszystko zaczęło się wiosną 2015. Nie. Wszystko jest tak, jak to sobie wymarzyliśmy i pewnie dalej będzie tak funkcjonować.

XXX-B: Ja chyba wiem. Może mniej chlać na niektórych koncertach? Więcej grzechów nie pamiętam.

Dalej gmeramy w przeszłości. Pamiętasz wasza pierwszą wspólna próbę? Zażarło od razu, czy może potrzebowaliście czasu na dotarcie się?

O-K: Pierwsze próby odbywały się w dwuosobowym składzie i tak, kosiło od samego początku. Dokładnie wiedzieliśmy, co chcemy robić i na nic się nie oglądaliśmy. Podobnie było z dochodzeniem kolejnych członków – najpierw basista, później wokalista zostali przyjęci do składu po, a nawet w trakcie pierwszego spotkania z nami. Nie było się nad czym zastanawiać.

XXX-B: Pierwsza próba poleciała wyjątkowo szybko. Pierwszy numer – „Nuclear Holocaust” – trwa chyba około minuty. Przegraliśmy go parę razy i do domu. Dla mojej ówczesnej dziewczyny oraz żony Overkillera mieliśmy wersję, że to była próba innego zespołu, w którym wtedy graliśmy razem. Mieliśmy kategoryczny zakaz zakładania nowych projektów.

Mutant Inferno i Overkill Commando to wasze wydawnictwa, które są już od pewnego czasu dostępne na rynku muzycznym. Zapewne macie na temat tych płyt już jakieś przemyślenia.

O-K: Podobają nam się, a Tobie? Ok, na poważnie, bardzo podobał nam się proces powstawania tych kawałków, w znacznej mierze na żywioł, w sali prób, jak i samych nagrań – rejestracja na setkę, w dosłownie kilka godzin, razem z miksem i masterem. Ja osobiście nie zmieniłbym w nich nic, żyją swoim życiem, ze wszystkimi mankamentami, których, z żalem stwierdzam, nie uda nam się już powtórzyć, bo zwyczajnie nauczyliśmy się już trochę lepiej grać. Ale bez obaw, na kolejnych materiałach też będzie krzywo.

XXX-B: Z „Mutant Inferno” jestem zadowolony w stu procentach. Co do „Overkill Commando”, czasami myślę, że materiał mógł powstawać nieco za szybko i mogło się to odbić na jakości numerów. Jednak kiedy słucham O.C. stwierdzam, że ładnie kosi.

Czy na tym etapie wspólnego grania wypracowaliście już sobie sprawdzoną metodę na pisanie muzyki?

O-K: Tak. Byle nie przekombinować, nie dłubać w jednym numerze dłużej, niż pół godziny, bo straci kompletnie swój urok.

XXX-B: Poza tym, ma być szybko, skocznie i nie za długo.

Macie na swym koncie dość pokaźną liczbę występów na żywo. Które najmocniej wbiły się wam w pamięć?

O-K: Mi osobiście ten, na którym tak się sprałem, że połowę kawałków zagrałem w zupełnie innym aranżu… Na pewno jednym z większych wydarzeń koncertowych było zagranie u boku Dead Congregation i obecnej wersji Pungent Stench w ramach Into the Abyss Fest, także koncert na Litwie, z uwagi na naprawdę ciepłą i jednak trochę inną publikę, niż nasza. Najtrudniej chyba jednak wymazać z pamięci niektóre aftery…

XXX-B: Litwa, hehe, to dłuższa historia. Tak jak after po koncercie dzień wcześniej w Białymstoku. Mi najmocniej utkwił w głowie koncert w Gdańsku. Między numerami pod scenę podbił gość, który bawił się z innymi pod sceną i powiedział: „Ej, przez was złamałem sobie zęba!” O to chyba chodzi w graniu na żywo.

Jak zapewne wiecie, zegar zagłady zbliża się do godziny dwunastej. Czy czujecie strach przed wojna? Czy strach może być pozytywnym bodźcem? Mnie osobiście napędza do rozwijania się na różnych płaszczyznach. A jak to jest u was?

O-K: Strach – nie wiem, ale ponoć stres może być pozytywnym bodźcem. Pamiętam, jak mój ojciec opowiadał, że kiedyś spać nie mógł po nocach, w obawie przed zagładą nuklearną. To był okres Zimnej Wojny. Żyjemy. Myślę, że jako gatunek aż tak tępi jednak nie jesteśmy.

XXX-B: Chociaż było mało śmiesznie jak Korea zaczęła wymachiwać bronią atomową. Plus sytuacja z Ruskimi, albo wyczyny ISIS. To sprawia, że można czuć się mniej pewnie. Te wydarzenia oraz inne znajdują odbicie w naszej muzyce. Strach przed agresją wzbudza agresję, trzeba znaleźć jakieś ujście dla emocji. To sprzyja powstawaniu nowych numerów. Bądź też obawa przed utratą wyuczonego zawodu skłania do szukania nowych ścieżek rozwoju zawodowego.

Czego wam życzyć w tych niespokojnych czasach?

O-K: Nigdy nie było spokojnych czasów. Niech sprawy się toczą, jak dotąd.

XXX-B: Żeby w piątkowe wieczory można było bez zmartwień słuchać płyt przy dobrej wódzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s