The Necks – Unfold

necksPrzy okazji takich płyt, aby uniknąć rozczarowań należy grać w otwarte karty. The Necks dobrze zdają sobie z tego sprawę. Tutaj nie da się oszukać słuchacza, bo to płyta do osobistego użytku. To stonowany i zimny powiew jazzu na wyłączność. Stworzony z minimalistycznej i nieco powściągliwej tkaniny, z której ciężko jest wyciągnąć sto procent jej możliwości. Całe szczęście mamy do czynienia z profesjonalistami, którzy narzucają minimalistyczny krój dla „Unfold”.

Australijczycy opanowali tajniki zszywania ambientowych wątków w dark jazzową kreację. Ścieg kryty jest w sposób wyrafinowany, a zarazem w pełni naturalny i niewymuszony. Panowie podchodzą do grania zdroworozsądkowo i bez łamania muzycznych prawideł stworzyli płytę wykwitną i ponadprogramową. To album, który jest wynikiem przemyślanych kalkulacji, w którym nitki powiązań się ze sobą przeplatają. Posłuchajmy takiego „Blue Mountain”, w którym rodzaj fortepianowego włókna dodaje tej kompozycji niepowtarzalnych właściwości. Poszczególne nuty są tu tak pięknie osadzone, że można w nie nurkować na zupełnym bezdechu. Jakie to proste, jakie to cholernie proste, kiedy ma się fach w ręku. Wszystko to sprawia, że „Unfold” to kolejne wydawnictwo w historii The Necks, które w żadnym to wypadku nie można nazwać zwykłym kurzołapem.

 

Furia – Księżyc Milczy Luty

a0066979887_10

Ta płyta wymusza na człowieku pewien rodzaj oprzytomnienia. „Księżyc Milczy Luty” to dziwaczny miks prawd o rześkich i bujnych melodiach. Mocno zróżnicowane aranżacje poszczególnych utworów o dziwo nie zakłócają brzmienia nut, a raczej pozwalają im świadomie rozpłynąć się w żarze black metalu.

„Księżyc Milczy Luty” to czarne złoto, które łatwiej jest przyswoić, gdy umysł zdemoralizowany. Furia to zespół świadomych konstruktorów, który wyzbył się odpowiedzialności i na usługach Wszechświata wznosi się ponad gatunek, z którego wyrósł. Cykl decyzji podjęty został tutaj z pełnym zaufaniem do swoich umiejętności. Zdecydowanie, z jakim Ślązacy łączą ze sobą wydawać by się mogło niekompatybilne podzespoły, jest godne podziwu. Esencją tego albumu są jego wolne i klimatyczne momenty, w których daje się doszukać lekkiego podmuchu psychodelicznego pyłu, wypełnionego post rockowymi detalami. Na tej podbudowie wyrazisty i radykalny strój gitar pozwala zaspokoić najróżniejsze, te najbardziej pokręcone potrzeby słuchacza. To album z rodzaju tych, które ożywia ciało i duszę, rozciągając przy tym nowoczesne w swej wymowie widoki na przyszłość.

 

 

Wywiad: Jakub Lemiszewski , Mikołaj Andrzejewski, Mateusz Gawineck (GOŁĘBIE)

gołębie

Hejże. W kraju, w którym rządzi orzeł biały, odważnym jest nazwać swój zespół Gołębie. Skąd taka nazwa?

Lemisz: Nie wiem czy to odważne. Gołębie to takie wędrowne miejskie stworzenia więc czujemy do nich sympatię. Poza tym Gołąbek Pokoju jest zawsze miłym skojarzeniem.

Mikołaj: Nazwę wymyślił Mateusz, a mnie się ona podoba, bo gołębie to takie ptaki, które żyją w miejskim zgiełku, a jednocześnie są w stanie wzlecieć gdzieś ponad ten codzienny hałas. Tak jak my.

Mateusz: Nie widzę żadnego związku, więc nie ma w tym niczego odważnego. Tym bardziej, że wymyślenie nazwy wyglądało mniej więcej tak:

-To musimy to jakoś nazwać.

(10 sekund ciszy)

-Może Gołębie?

-OK.

Cofnijmy się na moment do początków. Zespół zakładaliście jakieś 2 lata temu. Skąd się znacie, jaka jest wasza historia ?

Lemisz: Z mojej strony historia wyglądała w ten sposób, że pewnego ciepłego dnia w roku 2015 zadzwonił do mnie Mateusz z pytaniem czy nie pograłbym na perkusji w kompozycjach, które zaczął ostatnio kleić. Wspominał coś o blackmetalowych rytmach i o ładnych melodiach więc mnie tym pomysłem przekonał. Szczególnie, że chciałem poprawić swoje umiejętności jako perkusista. Jedyny problem polegał na tym, że mieszkałem wtedy w Warszawie i musiałem dojeżdżać na próby. O dziwo ten system zadziałał bardzo dobrze bo nie traciliśmy czasu na głupoty i każda próba przynosiła bardzo konkretne muzyczne efekty. Co do tego skąd się znamy to znamy się od dość dawna, ja i Mikołaj jesteśmy z Poznania i znamy wielu ludzi ze środowiska muzycznego w tym mieście. Z kolei z Mateuszem poznaliśmy się jakoś w 2012 roku i z miejsca się polubiliśmy. Wszyscy lubimy muzyczkę i siedzenie z ekipą do późnych nocnych godzin. Najlepiej nad wartą i najlepiej ze śmiesznymi papierosami.

Mikołaj: Jakub już dość dobrze to opisał – znamy się, bo obracamy się w podobnych kręgach i po prostu na siebie trafialiśmy przy okazji różnych koncertów, wypadów, imprez. Wszyscy grywaliśmy wcześniej w różnych projektach, więc wiedzieliśmy, czego się po sobie spodziewać muzycznie. No i bardzo lubimy się jako ludzie, zgadzamy się w kwestiach światopoglądowych, a jeśli się spieramy, to tylko o głupoty.

Fascynacja jakimi albumami pchnęła was do założenia kapeli? Czy macie może wspólną płytę, która cenicie równie mocno?

Lemisz: To dość trudne w naszym przypadku znaleźć album, który każdemu z nas jakoś absolutnie by się podobał. My bardzo lubimy ze sobą grać – bez przyrównywania tego do czegoś konkretnego co już się wydarzyło. W zasadzie to najbardziej inspirują nas inni znajomi, którzy też grają wspaniałą muzykę. Jeśli już koniecznie mówimy o ‚uznanych’ albumach, to może na siłę takim albumem będzie „Loveless” My Bloody Valentine? Chociaż z tego co wiem, to Mikołaj jest bardziej „team Slowdive” i w ogóle bardziej „team post-rock”. Może lepiej odpowiem za siebie – jeśli chodzi o gitarową muzykę to jestem wielkim sympatykiem My Bloody Valentine (wszystko z naciskiem na epki i Isn’t Anything), Sonic Youth a najbardziej wczesnego etapu twórczości tego zespołu – od Bad Moon Rising do Daydream Nation. Bardzo bliska jest mi też muzyka takich zespołów jak Ścianka (Pan Planeta najlepszy), Les Rallizes Denudes, Darkthrone Alibabki, Beach Boys, The Ronettes, Velvet Underground, Swirlies, Vivian Girls, The Shaggs.
Chociaż ostatnio i tak prawie nic z tego nie słucham.

Mikołaj: Mamy jakiś wspólny mianownik oczywiście, są płyty, co do których wszyscy zgadzamy się, że są genialne, ale tak naprawdę nasze gusta podryfowały w bardzo różne strony. Wspólny korzeń to na pewno wczesny shoegaze, noise rock, dream pop. Ja osobiście lubię też bardziej patetyczne granie, jestem wielbicielem Swans, Nadji, Sunn O))). Kocham także zimną falę, ale nie znoszę „normalnego” punk rocka. Z polskich rzeczy najlepiej wchodzą mi projekty black metalowe spod szyldu „Let the World Burn”.

Mateusz: Nie wszystkie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale nitko leć: Sonic Youth „Evol” i pewnie jeszcze kilka innych; prawie wszystkie płyty solowe Johna Frusciante ze szczególnym uwzględnieniem trzech pierwszych oraz projektu Ataxia; ekipa LSO nie wydaje płyt, ale to co robią było i jest wielką inspiracją; tak samo jak rzeczy wypuszczane przez typów z kolektywu Dark World; Warpaint „Exquisite Corpse”; „Loveless” oczywiście; sporo muzyki Animal Collective; tak jak Mikołaj lubię black metal, Mgłę wielbię; może jeszcze dodałbym Unwound-Leave Turn Inside You. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Nie mogę też nie wspomnieć o właściwie całym polskim niezalu i niezliczonych projektach i wydawnictwach znajomych.

Jak wygląda proces tworzenia waszej muzyki? Czy podstawową formą waszego grania jest improwizacja?

Lemisz: Zazwyczaj wygląda to w ten sposób, że Mateusz przynosi szkic utworu i wokół tego szkicu tworzymy dalsze partie, zmieniamy strukturę itd. Wokal i tekst zawsze pojawia się na samym końcu. Improwizowane momenty zdarzają nam się bardziej na koncertach niż na próbach. Po prostu między niektórymi fragmentami są przewidziane miejsca na nieprzewidziane zdarzenia. Wtedy to głównie ja i Mikołaj mamy pole do popisu, a Mateusz może zając się niszczeniem swoich gitar.

Po ilu epkach warto jest wypuścić album pełnometrażowy?

Lemisz: Myślę, że nie ma żadnej reguły. Szczególnie w tych czasach gdy format nagrania jest rzeczą całkowicie umowną. Nagrania mające trochę ponad 20 minut uznawane są czasem za pełnoprawny album, z kolei całkiem długie i kompletne muzyczne wypowiedzi wciąż uznawane są za EPki. W naszym przypadku będzie tak, że kolejne nasze wydawnictwo na 90% będzie albumem.

Mikołaj: Nie ma na to reguły. Jeżeli ma się materiał, który się spina i działa jako całość, to się go wypuszcza. Epka bądź nie.

Mateusz: Nie warto wypuszczać epek XD

Długość życia gołębi to średnio 10-12 lat, niektóre dożywają nawet 20 lat. Popuśćmy wodze fantazji : czy wyobrażacie sobie, że możecie przetrwać tak długi czas?

Lemisz: Z jednej strony czemu nie? Bardzo lubię grać z chłopakami, ale z drugiej strony trzeba być naprawdę ponadczasowo genialnym zespołem, by w dobrej formie przetrwać taki szmat czasu. Na pewno nie chcielibyśmy stać się jakimś Kazikiem albo Pidżamą Porno (chociaż spoko byłoby kosić hajs na juwenaliach do późnej starości hehe). Zakładając, że Gołębie przetrwałyby tyle czasu to na pewno od wysokości 3 lub 4 albumu zaczęlibyśmy grać zupełnie inną muzykę. Może Tropicalia?

Mikołaj: Ja nie wiem, co będzie jutro, a co dopiero za 10 lat. Na pewno chciałbym z chłopakami grać jak najdłużej, bo sprawia mi to radość.

Mateusz: Nie przeżyję tyle jako człowiek. Tak naprawdę to nie wiem, bliżej mi do jazzowego podejścia i krótkich, konkretnych strzałów. Myślę, że wyłapiemy moment, w którym będziemy wiedzieli, że powiedzieliśmy jako Gołębie wszystko, co mieliśmy do powiedzenia. I raczej nie będzie to kwestia czasu a potencjału, który mamy.

Czy jest jakiś gatunek, podgatunek muzyki, którego szczerze nie znosicie i nigdy nie będzie on składową waszej formacji?

Lemisz: narodowosocjalistyczny rock, polskie reggae i power metal. Chociaż kto to wie, co przyniesie przyszłość. A tak serio to po co gadać o tym czego się nie lubi i o tym czego się nie zrobi?

Mikołaj: Ja nie znoszę bałkańskiego folku.

Mateusz: Odpycha to elityzm muzyczny. Po części podpisuję się też pod tym, co powiedział Lemisz.

Porozmawiajmy chwilę o waszej koncertowej aktywności. Gdzie było wam najlepiej?

Lemisz: Z Gołębiami przyjęliśmy system koncertowania, który bardzo mi odpowiada – raz w miesiącu jedziemy na dwu-trzydniową trasę. Tym sposobem zagraliśmy dotychczas (nie licząc poznania) kilka razy w Warszawie, w Szczecinie, w Krakowie, we Wrocławiu w Łodzi i Ciechanowie. Z wyjazdów najlepiej grało nam się ostatnio w Warszawie (w towarzystwie Złotej Jesienii i Melisy) oraz w Krakowie. Następnym krokiem będzie pewnie Bydgoszcz/Toruń, z kolei w dłuższej perspektywie planujemy w czerwcu wycieczkę po krajach bałtyckich z Melisą.

Mikołaj: Najlepiej wspominam koncert w Krakowie, gdzie było bardzo żywiołowo, dobrze nas nagłośniono i udało mi się naprawdę wkręcić w występ.

Mateusz: Mnie najlepiej jest w drodze. Zawsze mi miło, gdy myślę o gigach, na których odczuwam szczerość, ekspresję i zaangażowanie osób z publiczności. Granie dla dobrych ziomków w Poznaniu i Warszawie jest czymś nie do końca mieszczącym się w terminie „koncert”. Gościnność Radka Soćko ze Szczecina i w ogóle tego co robi ze swoją epiką zasługuje na wyróżnienie.

Dopelord – Children of the Haze

r-9674459-1484571778-9545-jpegUwaga, podaję miażdżącą informację: muzyka grupy inspirowana jest magicznymi ziołami. Gdzie takich szukać? Cóż, trudno powiedzieć. Jeszcze trudniej w dzisiejszych czasach znaleźć odpowiednią receptę na stoner/doom metal. Tym większy szacunek dla Dopelord, że próbują w pocie czoła dostarczać słuchaczowi odpowiedniej ilości psychodelii pustynnej. Czy ten album usypia jednolitym krajobrazem? Skądże znowu! „Children of the Haze” to emocje o różnorodnej postaci, które redukują poziom lęków.

Dopelord na swojej trzeciej płycie w elegancki sposób eliminują pleśń, która dopadła większość kapel z pogranicza stoner/doom metalu. Na polskiej scenie trudno jest znaleźć zespół, który dźwigałby takie ciężary muzyczne i nie trącił przy tym myszką. Załoga z Lublina nie traci z pola słyszenia swoich motywów, nawet wtedy kiedy to pod kołami wrze gorąca smoła. Zdaje się, że kapela zainwestowała w dobrą nawigację w postaci Electric Wizard, mówiącej czułym głosem „Black Masses”. Na dłuższych trasach to podstawa, by nie zjechać na manowce, a raczej poszerzać świadomość swoich możliwości. Panowie prowadzą swój pojazd pewnie, nie unikając przy tym nieco radykalniejszych form wyrazu, jak chociażby ostatni utwór na płycie „Reptile Sun”. Także wytrwałym życzę szerokiej drogi, bo przy tym numerze można odejść od zmysłów.

Power Trip – Nightmare Logic

power-trip-nightmare-logic

Album taki jak „Nightmare Logic” to zapewne nawracające marzenie senne Larsa Ulricha i spółki. Chociaż ostatni album zespołu Metallica kapeli wstydu nie przynosi, nie plami jej honoru, to wystarczy odpalić trzy pierwsze kawałki z nowej płyty Power Trip, by dousznie przekonać się, że thrash metal nie jest zbiorem pomysłów skończonych.

Teksańczycy mają świadomość swojego potencjału i są cholernie dobrze poukładanym zespołem. Chwała im za to, że zdają sobie również sprawę z faktu, iż lekiem na hermetyczność stylistyczną jest kombinatoryka. Uprzedzając – Power Trip nie posługuje się tanimi wzorami i regułami mnożenia. Oczywistym jest, że stawiają oni na wariacje, ale robią to bez zbędnych powtórzeń, przez co zyskują na niezwykle dźwięcznej wymowie. Cieszy również fakt, że w swoich badaniach nad thrash metalem nie pomijają pochodnych gałęzi, takich jak crossover. Panowie z Cro-Mags pewnie są z nich dumni. Ten krążek spełnia znakomitą funkcje pomostu pomiędzy ohydnym klimatem produkcji znanych z lat 90′ a nowo wyłaniającą się dykcją thrashową. To powinien być obowiązek, by o „Nightmare Logic” mówić głośno, bo to chyba jedyny sposób na nowe otwarcie w tym gatunku i na przewietrzenie szatni od starych i zblazowanych sportowców.