The Dillinger Escape Plan, Shining – Klub Stodoła, Warszawa (11.02.2017)


To był głośny koncert, na którym to decybel, a nie promil decydował o jakości widowiska. Kiedy muzyka oznaczona marką The Dillinger Escape Plan uderza do głowy, nic więcej się nie liczy. Ale zanim na scenie pojawili się Amerykanie, na placu boju zameldowali się muzycy norweskiego Shining, którzy w dość sprawny sposób przewietrzyli Stodołę, z niemała pomocą polskiej publiczności.

Zagrali krótko, ale treściwie. Trafiając zarazem w meritum, ale i dbając o metrum, łatwo jest zjednać sobie słuchacza. Shining to zespół w pełni ukształtowany, wiedzący jak czerpać energie z koncertów. Liderem kapeli jest wokalista Jørgen Munkeby, to rasowy muzyk, który dobrze wie, jak korzystać z dobrodziejstw przesteru i obfitej gamy syntezatorów. Nasz bohater chwyta się wielu instrumentów, jednak podstawowym „narzędziem pracy” Jørgena jest gitara. Ale to o jego grze na saksofonie mówi się najwięcej i najgłośniej. To właśnie ten instrument śle do ucha największe niespodzianki. I to zarazem te miłe, jak i przesadnie rozdymane. Ciesze się, że set lista została skonstruowana tak, żeby nie męczyć tych, którym nie po drodze z brzmieniem instrumentów dętych. Proporcje zostały dobrane na tyle dobrze, że w końcu udało się wytrwać na ich koncercie do samego końca.

Na dobry koncert, składa się wiele czynników. To wydarzenie, które niczym akt prawny powinno nieść ze sobą charakter rozwojowy. Z drugiej strony panowie z The Dillinger Escape Plan dobrze wiedzą, że nie ma postępu bez buntu. To sprawia, że tak ciężko jest analizować ten występ, który miejscami wymykał się poza granice rebelii. Właśnie w tym tkwi siła tej kapeli. Proszę się nie mazać, bo to właśnie takie partyzanckie podejście do muzyki przyniosło im największe profity. Ostatnia ich płyta to powrót na sam szczyt, nagrali kilka utworów lepszego sortu, takich jak chociażby „Limerent Death”. Ten kawałek to totalny akt bezprawia, wymierzony prosto w aparat słuchu. Wydaje się, że cel był jeden – zburzyć kolejna ścianę,a należy pamiętać, że podczas całej kariery przekroczyli już kilka granic. „Miss Machine” pamiętacie? A utwór „Panasonic Youth”? Po tym co usłyszałem na tym koncercie, ciężko będzie o nim zapomnieć. To nie był jednak występ pozbawiony wad. Gdzie ich można szukać? Przy okazji „When I Lost My Bet” daleko mnie było do stanu euforii. Przyznam szczerzę, że na wysokości albumu „One of Us Is the Killer” mocno zwątpiłem w potencjał twórczy tego zespołu. Spontaniczności im brakowało i choć technika instrumentalna była nadal na wysokim poziomie w pamięci nie zostawały nawet refreny. A przecież na początku kariery tak pięknie potrafili sobie poradzić bez nich. Dowody? „Sugar coated sour” i na ostatni bis „43% burnt”.  Ciężko było o lepsze zakończenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s