Wrocław Industrial Festiwal (7-9.11.2013)


Tego festiwalu nie wymyślił normalny człowiek. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszło by do głowy by imprezę na której mają zagrać kapele takie jak: Wire, Agent Side Grinder, Aluk Todolo, IRM, czy In The Nursery osadzić w samym środku, dobrze poukładanego, modelowego, dolnośląskiego miasta. Dwunasta edycja tego festiwalu dobitnie ukazała, że kultura industrialna dostosowuje się do nowych czasów, otwierając się na nowe niecodzienne rozwiązania. Od czasu zakończenia imprezy minął ponad tydzień, a w mojej pamięci nadal pozostało kilka wspomnień i nimi chce się teraz podzielić.

Tegoroczna edycja Wrocław Industrial Festiwalu zaczęła się dla mnie od występu Dead Factory. Kilka minut po godzinie dziewiętnastej na scenie klubu „Włodkowica 21” pojawił się pochodzący z Sosnowca Maciej Mutwil, który na tle filmu „Made in Silesia” starał się przenieść słuchaczy w muzyczną otchłań ambientu syconego przez ciężkie klawiszowe przebarwienia. Kolejnym punktem w programie był występ Dominika Kowalczyka (aka „Wolfram”), który dał niezwykle spoisty i treściwy set. Występ tego muzyka napełniony był ekstremalnymi, drone’owymi przeładowaniami, które idealnie współgrały z mocno klaustrofobicznymi wizualizacjami. Ale to muzyka była tu najważniejsza. Bezpardonowa, z krańcowymi skokami dynamiki, ujawniająca w radykalny sposób pełnie swojej siły. Ostatnim zespołem, który zagościł na scenie czwartkowego wieczoru był „Szelest Spadających Papierków”. Występ utkany był z incydentalnych akcentów rytmicznych, które zostały nadpalone przez soniczną magmę… cuchnąca od noisowych oparów, szumów, czy też sampli rodem ze starych game-boy’owych gier. To właśnie z tych elementów formacja tworzy swoje muzyczne wizje.

Projektem otwierającym drugi dzień festiwalu był prowadzony przez Stefana Hansera, Anemone Tube. Muzyka tego niemieckiego artysty wywodząca się z wielu różnych źródeł, wypełniona jest sprzecznymi emocjami. W kompozycjach projektu umiejętnie łączą się cechy różnych gatunków, takich jak dark ambient, noise, power electronics i industrialu. Psychogeniczne doświadczenie dźwiękowe, które poparte zostało poprzez wyświetlany w tle film „Angst” z 1983 roku w reżyserii Geralda Kargla, ustawił wysoko poprzeczkę przed kolejnymi wykonawcami. Doskoczyć do niej potrafił dopiero reaktywowany po latach Underviewer. Patrick Codenys zaaplikował słuchaczom chłodne, powściągliwe brzmienie, jednak niepozbawione przy tym ekscytujących, rytmicznych wybrzuszeń. Zdumiewające nakładki syntezatorów, ascetyczna linia bębnów, a przede wszystkim niezwykły, pełen emocji głos Jean-Luca De Meyera. Imponować mógł także jego kontakt z publicznością i łatwość z jaką sterował emocjami widowni,w geście jak i słowie tego muzyka, dało się wyczuć duża charyzmę. Wszystko to sprawiło, że ten koncert dla większości zgromadzonych stał się niezapomnianym przeżyciem.

Kolejnym ważnym punktem piątkowego wieczoru był występ szwedzkiej formacji Agent Side Grinder z niezwykle nadpobudliwym , aktywnym scenicznie wokalistą. Kristoffer swoją energią i charyzmą nadrabiał za pozostałych, nieco nieobecnych duchem, członków zespołu. Ale najważniejsze, że od strony instrumentalnej grupa wypadła świetnie. Scalone elektroniczne faktury z basowym brzmieniem stworzyły widowisko komunikatywne na poziomie podstawowych składników. Następni w kolejności byli preferujący neoklasycystyczną stylistykę, bracia bliźniacy Klive i Nigel Homberstone z „In The Nursery. Wyczekiwany i niezwykle ciepło przyjęty przez publiczność zespół, w sposób ewidentny postawił na leniwie cedzone, wprowadzające w trans kompozycje. Mnie oni zupełnie do siebie nie przekonali. Przede wszystkim zabrakło aury tajemniczości, czy po prostu umiejętności budowania dramaturgii. Zdecydowanie najbardziej obytym scenicznie artystą na całym feście był Dirk Ivens, który tym razem do Wrocławia przyjechał z projektem Dive’a. Belg dał wysokoenergetyczny, zaskakujący jak i równie niezwykle efektywny koncert. Grał szybko, mocno i bardzo konsekwentnie. Jestem pełen podziwu dla talentu tego muzyka, który z gamy niezwykle niepokornych i nieprzystępnych dźwięków złożył mieszankę niemal quasi tanecznych nut.

Patrząc na line-up festiwalu największe oczekiwania miałem względem soboty i rzeczywiście ten dzień będę wspominał najlepiej. Nawet po mimo tego, że dwa pierwsze zespoły wypadły dość przeciętnie to wszystko odmieniło się na wysokości występu szwedzkiego IRM – publiczność została sponiewierana w bardzo brutalny sposób. Power electronics w wykonaniu Erika Jarla i Martina Bladha charakteryzuje monotonna repetycja wypełniona mrocznymi plamami, które zostały zabarwione gęstymi, snującymi się tuż nad podłogą basowymi pogłosami. Warto jest wspomnieć o improwizacyjnym charakterze koncertu, który w gruncie rzeczy można zaliczyć do kategorii drenażu ludzkiego umysłu poprzez niemal soniczne drgania. Po nich Sala Gotycka wpadła we władanie Nothing But Noise. To zespół, który ma doświadczenie, a przede wszystkim zmysł do operowania szerokim planem, dzięki czemu pozornie nietrafione i nieco wycofane dźwięki okazały się katalizatorem do zrozumienia transowego charakteru całego przedsięwzięcia. Ciepłe ambientowe brzmienie, wyłożone onirycznymi i uduchowionymi strukturami, a także nienachalny charakter całego koncertu sprawił, że zostałem do samego końca. Występ kolejnej formacji – Contraste odebrałem, jak dość niespodziewaną, ale miłą niespodziankę. Stephen Meixner i Jonathan Grieve stawiają na zniuansowane brzmienia rytualnego ambientu. Oni mają talent do instrumentalnych architektur, wyczucia koloru i obchodzą się z nimi bardzo starannie i pieczołowicie. Pojedyncze frazy rozwijane od minimalistycznych brzmień niespodziewanie znikały i powracały w dość bolesnych częstotliwościach. Wykorzystując różne źródła duet dokonuje dekonstrukcji brzmienia, a dzięki swobodzie improwizacji wprowadza w ciemne pejzaże nutę luzu.

Kolejnym dużym przeżyciem był koncert projektu o nazwie Bad Sector. Massimo Magrinii chyba jako pierwszy muzyk w pełni wykorzystał wyjątkowe przestrzenie kościoła Św. Katarzyny, wprawiając w rozchwianie wszystkie elementy zabudowy tego miejsca. Włoch to wprawiony eksplorator starych industrialnych nieużytków ale także wytrawny preparator dźwiękowy, który z lekarską precyzją nacina wszelkie membrany poprzez strumień dźwięków. Późny wieczór to wielkie oczekiwanie na The Wire, którzy swój koncert w dużej mierzę oparli o utwory z ich ostatniej płyty „Change Becomes Us”. To bardzo wyrównany materiał zarówno w sensie poziomu jak i stylistycznych horyzontów. Panowie dali wyrafinowany aczkolwiek daleki od cynicznych poz koncert pełen żaru i rockowej ekspresji. Najlepszy moment? Utwór „Adore Your Island” z pulsującą sekcja rytmiczną został obudowany przez błyskotliwy temat gitarowy. Zaszczyt grania na samym końcu imprezy przypadł w udziale francuskiej formacji Aluk Todolo. Wielka szkoda, że z powodu później pory zaprezentowała się mocno już przetrzebionej publiczności, bo zagrali wprost fenomenalnie. Na szczególne słowa uznania zasługuje tutaj perkusista, który po mimo ciężaru stylistycznego nadał swoją grą łatwe do przyswojenia ramy gatunkowe. Brudne blackmetalowe brzmienia gitary miejscami ocierające się o kakofoniczny nieład atakują słuchacza w przypływie furii. Choć w muzyce Francuzów pozornie dominuje jednolita forma, to wszystkie te faktury wzajemnie się przenikają i tworzą wielobarwne widowisko.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s