Meshuggah, Decapitated (Kwadrat, Kraków – 25.04.2013)


Zdarzyło mi się kilka razy pisać relacje z pozycji kolan i muszę się przyznać, że bardzo tego nie lubię. Ale czy stając naprzeciw kapeli Meshuggah nie oddałem się we władanie mocy, niemal piekielnych? Oczekiwałem czarów, spektaklu osadzającego się w pamięci na długi czas. Udało się! Szwedzi podcinają ścięgna w ekstremalnie precyzyjny sposób. Działając przy tym w sposób mocno wywrotowy, atakując z obłędnym impetem, pchając słuchacza w krańcowe stany muzycznego opętania, który nieraz kończył się na podłodze klubu Kwadrat.

O koncercie Decapitated za dużo napisać nie mogę, z całkiem prozaicznego powodu. Spóźniłem się i widziałem tylko jeden ich kawałek, zagrany na koniec „Day 69”. Jeśli miałbym oceniać po tym jak kapela kończy, to bez wstydu, bez ściemy mogę napisać, że było klasowo. Panowie z Meshuggah nie kazali na siebie długo czekać. Wystartowali od „Swarm”, demonstrując potęgę brzmienia, nasączonego radykalnym natężeniem mocy. Przy okazji „Combustion” można było się przekonać, jak duże znaczenie ma kompatybilność pomiędzy dźwiękiem, a oprawa sceniczną. Reflektory przecinające sale i światła ukazujące wspaniałą technikę poszczególnych graczy. A oko było gdzie zawiesić. To co za perkusja wyprawiał Tomas Haake w „Rational Gaze” wykracza poza wszystkie normy, a łamanie wszelkich paragrafów to jego specjalność. O brak zaangażowania nie szło posądzić żadnego z muzyków. Szwedzi to zbyt dobry zespół, żeby zadowolić się po prostu przyzwoitym występem. Nie zawiodła również publiczność, nacierająca na siebie z hipnotyczną dynamiką. Duża w tym zasługa wokalisty. Konferansjerka w wykonaniu Jans Kidman, zwięzła i na temat. Toż to mistrz w motywowaniu do działania, nawet jeśli robi to poprzez błazeńskie żarty. Koncert wypełniony był przez utwory z albumu „ObZen”, który po mimo tego, że nie zalicza się do moich faworytów, „na żywo” wypada przejrzyście, a zarazem okazale. A utwory, takie jak „Lethargica” i Bleed zwyczajnie w świecie chwytają za trzewia. Gdzieś po między wepchnięty został „Do Not Look Down” z „Koloss”. W końcu właśnie ten album przyjechali promować. Ale nie zapomnieli też o „starociach”, o „New Millennium Cyanide Christ”. Kończąc swój regularny set, kawałkiem „Dancers To A Discordant System” wytworzyli zabójczą atmosferę oczekiwania, która przerwana została przez niewdzięczne pomruku basu znane z „Mind´s Mirrors”. Kapela znów melduje się na scenie i w świetle reflektorów startuje z „In Death – Is Life” z ich najdoskonalszej płyty „Catch 33”. Tutaj nie ma omyłek, forma i dynamika wkracza na pole muzyki poważnej, przejawiając przy tym wszelkie kryteria, które lokują te dźwięki w niszy metalowej. To dość paradoksalne podejście, w którym Szwedzi stanowią niepodważalną klasę.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s