Nanook of the North – Nanook of the North

Nanook of the North - Nanook of the NortNanook of the North to projekt, który został powołany do życia przez Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego. Muzycy na swoim debiutanckim albumie kreślą wyrazisty horyzont dźwiękowy, przy tym w sposób płynny i naturalny rozbudowują swoje pasje muzyczne. Oczywiście w tych dziesięciu utworach, które znalazły się na tym krążku daje się usłyszeć echa ich solowej twórczości, ale w tym muzycznym związku nie ma miejsca na nudę. Spoiwem, które odegnało rutynę i pozwoliło do końca sfinalizować ten album jest z pewnością chłód, który towarzyszył podczas sesji nagraniowej w studiu Olafura Arnalds na Islandii.

W ten album wchodzi się bardzo powoli. Wpływ na taki stan rzeczy ma z pewnością melancholijny sposób budowania napięcia przez muzyków. Panowie raczą nas językiem, w którym wyczuwa się wspólny mianownik, który wspólnymi siłami utrzymywany jest w stałej temperaturze. Oczywiście zdarza im się sięgać po przenikliwą drone’ową barwę, czy też pobudzać zmysły słuchacza poprzez presje repetytywnych pogłosów, ale to działanie, które nie jest skażone poprzez radykalne epatowanie dźwiękiem. Na tym albumie można odnaleźć pełno delikatnych form i ambientowych smug, ale ani przez moment nie można przez to narzekać na brak bodźców.

 

Welur – Cały Ten Senny Stuff

wleurr.jpgPabianice to miasto, które nie stwarza zbyt wielu powodów, by pisać o nim w kontekście muzyki. Dawno już chciałem pochwalić jakiś zespół ze swojego rodzinnego miasta, ale jednak brakowało niepodważalnych powodów. „Cały ten senny stuff” nie pozostawił we mnie większych wątpliwości, że mam oto do czynienia z materiałem, nad którym warto jest się pochylić. Tym bardziej, że Welur to towar na tyle luksusowy, że podziałkę na mapie trzeba kalibrować do wartości ogólnopolskiej, by w pełni oddać potencjał, jaki drzemie w tej kapeli.

„Cały ten senny stuff” to płyta, na której zespół pracę domową z noise rocka odrobił na tyle szybko i sprawnie, że czasu starczyło również na powtórzenie zagadnień związanych z shoegaze. Zdaję sobie sprawę oczywiście z tego, że takie „krzyżówki” stylistyczne w muzycznej przyrodzie są dostępne na porządku dziennym. Tym, co jednak wyróżnia Welur na tle innych kapel jest zdolność do kumulacji energii w sektorach spowitych dużą dozą noise popowych niedopowiedzeń. Jest to bardzo dogodne miejsce, które pozwala na gitarową ofensywę pod płaszczykiem lo-fi. Główną bohaterką tej płyty jest Wiara Wojtaszczyk – wokalistka i gitarzystka, która w zdroworozsądkowy sposób rozporządza riffami. Czasami zdarza się oczywiście, że jej palce wylądują na progu dobrze znanym i ogranym, ale dzieje się to na tyle rzadko, że wyświechtane porównania nie spędzają snu z powiek. Bezsprzecznie, o wiele częściej udaje się jej wyjść poza wzorzec, niż błądzić po kliszach przeszłości. Wystarczy posłuchać, jak sprawnie w utworze „cpink tide (afflux time)” z początkowego, mocno zagęszczonego przesteru, wyłania się melodia napędzana post-hardcorem. To debiut bardzo wysokiej próby, na którym sekcja rytmiczna nie ogranicza się tylko i wyłącznie do torowania drogi gitarze, i jeśli tylko pojawia się taka potrzeba, jest zdolna narzucić klaustrofobiczne wartości („kpax2”). Słychać, że wiedza na temat muzyki lat 90′ czerpana przez członków zespołu wywodzi się z bardzo różnych źródeł. Ten jakże szeroki zasób wiadomości pozwala kapeli sprawnie wepchnąć swoje trzy grosze pomiędzy luki w ramach gatunkowych. Tak się dzieje  chociażby w „soft fur + its smiles”, gdzie schematy omijane są z niebywałą gracją, a zagrywki Sonic Youth cieniowane są indie rockowym tuszem. Na takim podkładzie wielu się już wyłożyło, ale nie Wiara. Jej urocze wokale, które nie raz i nie dwa nonszalancko grzebane są w ścianie zgrzytów i pogłosów to wizytówka, o której ciężko jest zapomnieć.

 

The Skull Defekts – The Skull Defekts

skullThe Skull Defekts” to pierwszy album tej kapeli, na którym muzykom udaje się utrzymać koncentrację na nieco dłużej niż kilka utworów. Wpływ być może miała na to decyzja podjęta przez lidera Joachim’a Nordwall’a, że będzie to ich ostatnia płyta wydana pod tym szyldem. W tych jakże ciężkich warunkach do tworzenia, Szwedom udaje się nagrać album, dzięki któremu z dość dużym okładem biją oni swoje wszystkie dotychczasowe rekordy. I choć w poprzednim roku w obrębie post-punku i noise rocka ukazało się kilka lepszych krążków z Anwar Sadat na czele, to niniejszy z pewnością nie jest dziełem marnego przedskoczka.

Kolażu tych dwóch nurtów muzycznych z całą pewnością nie można zaliczyć do najłatwiejszych w obróbce, dlatego bardzo ważne jest wyczucie progu stylistycznego jednego, jaki i drugiego gatunku. Noise rock grany przez naszych bohaterów w zasadzie od początku kariery wydał się być sztywno zaprogramowany, brakowało w tym większego balansu i polotu. Na najnowszej płycie pomimo tego, że kapela dociążyła swoją sylwetkę to momentów, w których można się przyczepić do zbyt gwałtownych i nieskoordynowanych ruchów jest niewiele. Dodatkowe kilogramy zostały uwypuklone przez dynamiczną produkcję bardzo dobrze obrazującą pracę poszczególnych muzyków, którzy doszkolili się w podpinaniu pod awangardową siłę nośną. Oczywiście daje się wysnuć, iż niektóre frazy sekcji rytmicznej akcentowane są w rytm ostatnich nagrań Gnod („Clean Mind”, „All Thoughts Thought”), czy też Killing Joke („A Message from The Skull Defekts’), ale po nałożeniu na to dub’owego, czy też drone’owego efektu udaje się uzyskać w pełni suwerenny charakter. W tym należy doszukiwać się skoku jakości, jaki się dokonał. Do tej pory odnosiłem wrażenie, że awangarda jest dla nich celem samym w sobie, a dźwiękowe pejzaże mają za zadanie jedynie te elementy wyeksponować. Znakomitym posunięciem było też dokooptowanie do składu Mariam Wallentin, która szybko dostosowała się do warunków serwowanych przez swoich kompanów. Szczególne wrażenie pozostawiła po sobie w utworze „Slow Storm”, gdzie staję się postacią centralną kompozycji i swoim głosem kreuje atmosferę na skraju koszmaru i nocnej halucynacji. The Skull Defekts żegna się ze światem utworem „The Beauty Of Creation And Destruction”, i jest to jedno z najlepszych zakończeń kariery, jakie było mi dane słyszeć. To, że tak mało w tej notce krytyki, nie jest wcale spowodowane tym, że wyznaję zasadę, iż o zmarłych nie mówi się źle. Pułap lotu, jak i sam telemark powodują, że nawet nie ma gdzie szpili wepchnąć.

Fu Manchu – Clone Of The Universe

fu manchu1Ten zespół już od dawna miała swoje problemy. W zasadzie od „California Crossing” w Fu Manchu nie było komu, tak porządnie sypnąć słuchaczowi piachem w oczy. Ostatnie albumy to ewidentna jazda na oparach i robienie dobrej miny do złej gry, a to raczej nie przystoi formacji, która zasłynęła z szorstkiego charakteru rzeźbionego w stoner rockowym brzmieniu. Czteroletnia przerwa wydawnicza podziałała krzepiąco na motorykę Kalifornijczyków.

Na „Clone Of The Universe” daje się zaobserwować próbę przeczołgania słuchacza przez bardziej rozbudowane formy i to nawet w obrębie tych krótszych utworów. Dlatego też, nim dojdziemy do najdłuższego kawałka na płycie „Il Mostro Atomico” z gościnnym występem Alexa Lifesona z Rush, warto jest skorzystać z kilku postojów, by dobrze się wsłuchać w ten album. W takim ledwo wystającym ponad dwie minuty „Don’t Panic” czuć przyjemny zapach gumy samochodowej palonej w rytm hardcore’u. Za główny atut tego wydawnictwa uznać należy jednak bardzo dobrze sygnalizowane przez sekcje rytmiczną przyśpieszenia gitarowe, przechodzące płynnie w solówki. Wrażenie robi też to, jak przy okazji „Slower Than Light” (pierwsza cześć utworu), czy też „Nowhere Left To Hide” kapela wspólnymi siłami narzuca doom metalowe wartości, których nie powstydziliby się Panowie z Cathedral. Najsłabszym ogniwem tej formacji nadal pozostaje wokalista Scott Hill, który rzadko kiedy potrafi wzmocnić słowem smak kompozycji. Skupiając się jedynie na strefie instrumentalnej należy przyznać, że kapeli udaje się uzyskiwać wyniki porównywalne z ich najlepszymi osiągami. Do takich z całą pewnością zalicza się „Il Mostro Atomico”, w którym to z początku obcujemy z hipnotyzującym motywem gitarowym, który przeradza się w melanż na granicy psychodelii i hard rocka, dopełniony przez zawadiacki przester. Drgnięcia w muzycznym wszechświecie Fu Manchu wywołane przez „Clone Of The Universe” z całą pewnością nie spowodują żadnego załamania czasoprzestrzennego, tym niemniej jest to album, który napełnia zbiornik ich fanów zaskakującymi komponentami.

Janusz Jurga – Duchy Rogowca

januszJanusz Jurga stworzył album, na którym obieg muzycznej energii tworzy ekosystem z szerokim układem powiązań. Duchy Rogowca zostały powołane do życia przez muzyka, który potrafi wyłuskać z leśnej fauny i flory nuty o unikalnej wartości. Tutaj nie wystarczy przywołać Gasa, czy też Roberta Richa, bo nasz bohater odprawia muzyczne gusła w rytm rodzimej tradycji, dzięki czemu ucieka od porównań, zaś świat przez niego tworzony to ukojenie dla tych, którzy są spragnieni dźwięków o długotrwałym i wyrazistym charakterze.

To płyta, która ma przy tym wydźwięk dość osobisty i choć pozszywana jest ze strzępów pradawnych emocji to potrafi napędzić niezłego pietra. Melorecytacja z „Ducha Pierwszego” od samego początku wykuwa w słuchaczu ten rodzaj skupienia, który jest potrzebny do tego, by w pełni skoncentrować się na całości materiału. J. to bardzo dobry muzyczny przewodnik, który porusza się z gracją zarówno w dark ambientowej gęstwinie, jak i w obszarze muzyki techno, którą można uznać za swoista strefę komfortu tego artysty. To bardzo dobre miejsce wypadowe i punkt obserwacyjny również dla słuchacza, z którego daje się dostrzec momenty, gdzie szlaki field recording’u przecinają się z dźwiękami o zabarwieniu tanecznym. Mnie najbardziej podobają się właśnie te fragmenty, w których to odskakując od głównej rytmicznej pulsacji, podążamy w nieznane za odgłosami przyrody. Zdarza się oczywiście, że przez dłuższy czas stłamszeni, powoli snujemy się bardzo blisko gleby. Trud ten jednak się opłaca, bo kiedy już uda nam się wbić w sam środek tego nieustanie pulsującego środowiska, najpełniej można odczuć obecność duchów. Zaklęte one zostały w śpiewie ptaków, czy też wepchnięte w mocno odrealnione sample. Dodajmy do tego wyczucie, z jakim przestrzeń została poszerzona przez drobne, ale niezwykle gęste skupiska szorstkich repetytywnych pogłosów. To wszystko świetnie koresponduje z mroczną atmosferą legend, które zostały spisane przez wuja muzyka. Janusz Jurga odwołując się do przeszłości, wyhodował swoje własne strzygi, które mogą siać spustoszenie o każdej porze dnia, nie wspominając już o nocy.