Molly Nilsson – Owoce i Warzywa, Łódź (11.01.2014)


Molly

Klub wypełniony do ostatniego miejsca. Nawet Ci na końcu mają do sceny nie dalej niż sześć metrów. Atmosfera niemal tropikalna, ale do czasu. Dokładnie o 21 na scenie pojawia się Molly Nilsson. Szwedka z krwi i kości, która za sprawą zimnej falowego brzmienia, szybko schłodzi rozgrzane głowy słuchaczy.

W ciągu trzech kwadransów Molly zaprezentowała się jako w pełni ukształtowaną artystką, która radzi sobie w prostej, surowej i wymagającej dojrzałości piosenkowej formie. Cieszy fakt, że ciągle się rozwija, poszukuje, rzadko kiedy wdaje się w seanse spirytystyczne. A jeśli już decyduje się na taki krok, to duchy przeszłości przywołuje na swoich warunkach. Udaje się jej balansować między starą sztuką piosenki, a współczesną klubową wrażliwością. Stawia na muzykę wyciszoną i raczej spokojną. To dość ryzykowna konwencja – jest bardzo niewyraźna granica pomiędzy nastrojową ballada, a usypiającym nudziarstwem. Ale przy jej głosie trudno o sen, czy też jakiekolwiek oznaki znużenia. Raz kojący, za innym razem uciekający w neurotyczne stany świadomości. To typ wokalistki, która swoim głosem absorbuje uwagę od pierwszej sekundy. Nie ucieka też wzrokiem od publiczności, starając się każdego z osobna obdarować ciepłym spojrzeniem. Molly swój występ w głównej mierze oparła o kompozycje najnowsze, czyli te pochodzące z albumów „The Travels” i „History”. Z całą pewnością jednym z jaśniejszych punktów występu Szwedki był utwór „You Always Hurt the One You Love”. Podsumowując, już teraz można mówić o jednym z koncertów roku, niezwykle udanym pod wieloma względami. Molly z pewnością nie zniknie z upływem bieżących 12 miesięcy.

Satyricon – Progresja, Warszawa (29.11.2013)


Satyricon to znakomity przykład na to, jak wspaniale można łamać konwencje. Za cel nadrzędny panowie od zawsze stawiali sobie chęć zaskoczenie słuchacza, a nie kurczowe trzymanie się obranej drogi. Z takim podejściem łatwo jest narobić sobie wrogów. Z drugiej strony, jeśli przekraczasz granice stylistyczne na swoich warunkach, masz do tego odpowiedni warsztat i jesteś skrupulatny to niewątpliwe są szanse na sukces. Nie wiem czy wypełnienie Progresji można nazwać sukcesem, ale Frost i koledzy z całą pewnością posiadają cechy, które wypisałem powyżej. Bardzo miło było w końcu zobaczyć ich na żywo, ale za nim przejdę do przyjemności, z obowiązku wspomnę o poprzedzających zespół Satyricon, Tajwańczykach z Chthonic.

Biedny support. Publiczność nieszczególnie doceniła starania, ale ciężko jest się dziwić takiej reakcji zgromadzonych. Zamiast oczekiwanego, niebanalnego w założeniu połączenia brzmień metalowych z tymi utworzonymi bardziej z syntetycznych surowców, moje organy słuchowe nafaszerowane zostały pseudo kabaretowymi pochodami. Żonglerka stylistykami?! Dobre żarty. Do tego należy mieć odpowiedni warsztat i zmysł doboru odpowiednich kompatybilnych barw muzycznych, a tego ewidentnie grupie Chthonic brakuje. Ogólnie nie ma się co rozwodzić, także czym prędzej przechodzę do dania głównego. Byłem święcie przekonany, że Satyricon swój set koncertowy w głównej mierze oprze o utwory z ich ostatniej płyty, ale jakże miło się rozczarowałem. Tym bardziej, że zaczęli od „Voice of Shadows” (utworu, który jest wprowadzeniem do ich ostatniego albumu zatytułowanego „Satyricon”), później płynnie przeszedł w „Hvite Krists Død”. Kolejny utwór „Now, diabolical”, który w końcu skłonił publiczność do większej aktywności. Przysłuchując się kapeli zastanawiałem się co stanowi o popularności tego zespołu? Siła muzyki Satyricon tkwi w kompleksowym podejściu do niej przez dodanie dezorientujących bonusów. Oczywiście dźwięki krzewicieli black metalu ciężko jest dopasować do innego gatunku stylistycznego, ale nie da się też ukryć, że Norwegowie od zawsze odstawali nieco od swej rodzimej sceny. Oni po prostu zdają sobie sprawę z tego, że nie wystarczy ciekawy riff, by kompozycja była udana i starają się ubarwić swoje nuty na wielu płaszczyznach. Niewiele było / jest zespołów, które tworzą tak ciekawe melodie, jak ta zaproponowana w „Now, diabolical”. Z nowych utworów najcieplej przyjęty został „The Infinity Of Time And Space”, który zakończył set złożony z nowych kompozycji. Po tym na publiczność spadła nieokiełznana bomba, a materiałem wybuchowym były kolejno: „Forhekset”,”To the mountains” i „The pentagram burns”. Te utwory to prawdziwy popis perkusyjny Frosta, który niczym taran wyczyścił przedpole dla innych członków kapeli. Po wszystkim został sowicie nagrodzony należytymi brawami. Po ponad godzinnym koncercie kapela zeszła ze sceny, ale oczywiste było, że po takiej salwie oklasków, jeszcze powrócą. Bisowanie zaczęli od „Mother North”, które przetoczyło się intensywną ścianą dźwięku wspomagana typowym dla Satyra wokalem. Gdy został zapowiedziany kolejny kawałek K.I.N.G, przestałem analizować to, co się działo na scenie i dałem się porwać muzyce. Czy można jeszcze coś dodać? Chyba tylko tyle, że aby w pełni zrozumieć fenomen tego zespołu należy mieć w sobie duże pokłady chęci poznawczych. Jeśli ktoś decyduje się na obcowanie z taka muzyką musi być przygotowany na wyzwania.

Wrocław Industrial Festiwal (7-9.11.2013)


Tego festiwalu nie wymyślił normalny człowiek. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszło by do głowy by imprezę na której mają zagrać kapele takie jak: Wire, Agent Side Grinder, Aluk Todolo, IRM, czy In The Nursery osadzić w samym środku, dobrze poukładanego, modelowego, dolnośląskiego miasta. Dwunasta edycja tego festiwalu dobitnie ukazała, że kultura industrialna dostosowuje się do nowych czasów, otwierając się na nowe niecodzienne rozwiązania. Od czasu zakończenia imprezy minął ponad tydzień, a w mojej pamięci nadal pozostało kilka wspomnień i nimi chce się teraz podzielić.

Tegoroczna edycja Wrocław Industrial Festiwalu zaczęła się dla mnie od występu Dead Factory. Kilka minut po godzinie dziewiętnastej na scenie klubu „Włodkowica 21” pojawił się pochodzący z Sosnowca Maciej Mutwil, który na tle filmu „Made in Silesia” starał się przenieść słuchaczy w muzyczną otchłań ambientu syconego przez ciężkie klawiszowe przebarwienia. Kolejnym punktem w programie był występ Dominika Kowalczyka (aka „Wolfram”), który dał niezwykle spoisty i treściwy set. Występ tego muzyka napełniony był ekstremalnymi, drone’owymi przeładowaniami, które idealnie współgrały z mocno klaustrofobicznymi wizualizacjami. Ale to muzyka była tu najważniejsza. Bezpardonowa, z krańcowymi skokami dynamiki, ujawniająca w radykalny sposób pełnie swojej siły. Ostatnim zespołem, który zagościł na scenie czwartkowego wieczoru był „Szelest Spadających Papierków”. Występ utkany był z incydentalnych akcentów rytmicznych, które zostały nadpalone przez soniczną magmę… cuchnąca od noisowych oparów, szumów, czy też sampli rodem ze starych game-boy’owych gier. To właśnie z tych elementów formacja tworzy swoje muzyczne wizje.

Projektem otwierającym drugi dzień festiwalu był prowadzony przez Stefana Hansera, Anemone Tube. Muzyka tego niemieckiego artysty wywodząca się z wielu różnych źródeł, wypełniona jest sprzecznymi emocjami. W kompozycjach projektu umiejętnie łączą się cechy różnych gatunków, takich jak dark ambient, noise, power electronics i industrialu. Psychogeniczne doświadczenie dźwiękowe, które poparte zostało poprzez wyświetlany w tle film „Angst” z 1983 roku w reżyserii Geralda Kargla, ustawił wysoko poprzeczkę przed kolejnymi wykonawcami. Doskoczyć do niej potrafił dopiero reaktywowany po latach Underviewer. Patrick Codenys zaaplikował słuchaczom chłodne, powściągliwe brzmienie, jednak niepozbawione przy tym ekscytujących, rytmicznych wybrzuszeń. Zdumiewające nakładki syntezatorów, ascetyczna linia bębnów, a przede wszystkim niezwykły, pełen emocji głos Jean-Luca De Meyera. Imponować mógł także jego kontakt z publicznością i łatwość z jaką sterował emocjami widowni,w geście jak i słowie tego muzyka, dało się wyczuć duża charyzmę. Wszystko to sprawiło, że ten koncert dla większości zgromadzonych stał się niezapomnianym przeżyciem.

Kolejnym ważnym punktem piątkowego wieczoru był występ szwedzkiej formacji Agent Side Grinder z niezwykle nadpobudliwym , aktywnym scenicznie wokalistą. Kristoffer swoją energią i charyzmą nadrabiał za pozostałych, nieco nieobecnych duchem, członków zespołu. Ale najważniejsze, że od strony instrumentalnej grupa wypadła świetnie. Scalone elektroniczne faktury z basowym brzmieniem stworzyły widowisko komunikatywne na poziomie podstawowych składników. Następni w kolejności byli preferujący neoklasycystyczną stylistykę, bracia bliźniacy Klive i Nigel Homberstone z „In The Nursery. Wyczekiwany i niezwykle ciepło przyjęty przez publiczność zespół, w sposób ewidentny postawił na leniwie cedzone, wprowadzające w trans kompozycje. Mnie oni zupełnie do siebie nie przekonali. Przede wszystkim zabrakło aury tajemniczości, czy po prostu umiejętności budowania dramaturgii. Zdecydowanie najbardziej obytym scenicznie artystą na całym feście był Dirk Ivens, który tym razem do Wrocławia przyjechał z projektem Dive’a. Belg dał wysokoenergetyczny, zaskakujący jak i równie niezwykle efektywny koncert. Grał szybko, mocno i bardzo konsekwentnie. Jestem pełen podziwu dla talentu tego muzyka, który z gamy niezwykle niepokornych i nieprzystępnych dźwięków złożył mieszankę niemal quasi tanecznych nut.

Patrząc na line-up festiwalu największe oczekiwania miałem względem soboty i rzeczywiście ten dzień będę wspominał najlepiej. Nawet po mimo tego, że dwa pierwsze zespoły wypadły dość przeciętnie to wszystko odmieniło się na wysokości występu szwedzkiego IRM – publiczność została sponiewierana w bardzo brutalny sposób. Power electronics w wykonaniu Erika Jarla i Martina Bladha charakteryzuje monotonna repetycja wypełniona mrocznymi plamami, które zostały zabarwione gęstymi, snującymi się tuż nad podłogą basowymi pogłosami. Warto jest wspomnieć o improwizacyjnym charakterze koncertu, który w gruncie rzeczy można zaliczyć do kategorii drenażu ludzkiego umysłu poprzez niemal soniczne drgania. Po nich Sala Gotycka wpadła we władanie Nothing But Noise. To zespół, który ma doświadczenie, a przede wszystkim zmysł do operowania szerokim planem, dzięki czemu pozornie nietrafione i nieco wycofane dźwięki okazały się katalizatorem do zrozumienia transowego charakteru całego przedsięwzięcia. Ciepłe ambientowe brzmienie, wyłożone onirycznymi i uduchowionymi strukturami, a także nienachalny charakter całego koncertu sprawił, że zostałem do samego końca. Występ kolejnej formacji – Contraste odebrałem, jak dość niespodziewaną, ale miłą niespodziankę. Stephen Meixner i Jonathan Grieve stawiają na zniuansowane brzmienia rytualnego ambientu. Oni mają talent do instrumentalnych architektur, wyczucia koloru i obchodzą się z nimi bardzo starannie i pieczołowicie. Pojedyncze frazy rozwijane od minimalistycznych brzmień niespodziewanie znikały i powracały w dość bolesnych częstotliwościach. Wykorzystując różne źródła duet dokonuje dekonstrukcji brzmienia, a dzięki swobodzie improwizacji wprowadza w ciemne pejzaże nutę luzu.

Kolejnym dużym przeżyciem był koncert projektu o nazwie Bad Sector. Massimo Magrinii chyba jako pierwszy muzyk w pełni wykorzystał wyjątkowe przestrzenie kościoła Św. Katarzyny, wprawiając w rozchwianie wszystkie elementy zabudowy tego miejsca. Włoch to wprawiony eksplorator starych industrialnych nieużytków ale także wytrawny preparator dźwiękowy, który z lekarską precyzją nacina wszelkie membrany poprzez strumień dźwięków. Późny wieczór to wielkie oczekiwanie na The Wire, którzy swój koncert w dużej mierzę oparli o utwory z ich ostatniej płyty „Change Becomes Us”. To bardzo wyrównany materiał zarówno w sensie poziomu jak i stylistycznych horyzontów. Panowie dali wyrafinowany aczkolwiek daleki od cynicznych poz koncert pełen żaru i rockowej ekspresji. Najlepszy moment? Utwór „Adore Your Island” z pulsującą sekcja rytmiczną został obudowany przez błyskotliwy temat gitarowy. Zaszczyt grania na samym końcu imprezy przypadł w udziale francuskiej formacji Aluk Todolo. Wielka szkoda, że z powodu później pory zaprezentowała się mocno już przetrzebionej publiczności, bo zagrali wprost fenomenalnie. Na szczególne słowa uznania zasługuje tutaj perkusista, który po mimo ciężaru stylistycznego nadał swoją grą łatwe do przyswojenia ramy gatunkowe. Brudne blackmetalowe brzmienia gitary miejscami ocierające się o kakofoniczny nieład atakują słuchacza w przypływie furii. Choć w muzyce Francuzów pozornie dominuje jednolita forma, to wszystkie te faktury wzajemnie się przenikają i tworzą wielobarwne widowisko.

Meshuggah, Decapitated (Kwadrat, Kraków – 25.04.2013)


Zdarzyło mi się kilka razy pisać relacje z pozycji kolan i muszę się przyznać, że bardzo tego nie lubię. Ale czy stając naprzeciw kapeli Meshuggah nie oddałem się we władanie mocy, niemal piekielnych? Oczekiwałem czarów, spektaklu osadzającego się w pamięci na długi czas. Udało się! Szwedzi podcinają ścięgna w ekstremalnie precyzyjny sposób. Działając przy tym w sposób mocno wywrotowy, atakując z obłędnym impetem, pchając słuchacza w krańcowe stany muzycznego opętania, który nieraz kończył się na podłodze klubu Kwadrat.

O koncercie Decapitated za dużo napisać nie mogę, z całkiem prozaicznego powodu. Spóźniłem się i widziałem tylko jeden ich kawałek, zagrany na koniec „Day 69”. Jeśli miałbym oceniać po tym jak kapela kończy, to bez wstydu, bez ściemy mogę napisać, że było klasowo. Panowie z Meshuggah nie kazali na siebie długo czekać. Wystartowali od „Swarm”, demonstrując potęgę brzmienia, nasączonego radykalnym natężeniem mocy. Przy okazji „Combustion” można było się przekonać, jak duże znaczenie ma kompatybilność pomiędzy dźwiękiem, a oprawa sceniczną. Reflektory przecinające sale i światła ukazujące wspaniałą technikę poszczególnych graczy. A oko było gdzie zawiesić. To co za perkusja wyprawiał Tomas Haake w „Rational Gaze” wykracza poza wszystkie normy, a łamanie wszelkich paragrafów to jego specjalność. O brak zaangażowania nie szło posądzić żadnego z muzyków. Szwedzi to zbyt dobry zespół, żeby zadowolić się po prostu przyzwoitym występem. Nie zawiodła również publiczność, nacierająca na siebie z hipnotyczną dynamiką. Duża w tym zasługa wokalisty. Konferansjerka w wykonaniu Jans Kidman, zwięzła i na temat. Toż to mistrz w motywowaniu do działania, nawet jeśli robi to poprzez błazeńskie żarty. Koncert wypełniony był przez utwory z albumu „ObZen”, który po mimo tego, że nie zalicza się do moich faworytów, „na żywo” wypada przejrzyście, a zarazem okazale. A utwory, takie jak „Lethargica” i Bleed zwyczajnie w świecie chwytają za trzewia. Gdzieś po między wepchnięty został „Do Not Look Down” z „Koloss”. W końcu właśnie ten album przyjechali promować. Ale nie zapomnieli też o „starociach”, o „New Millennium Cyanide Christ”. Kończąc swój regularny set, kawałkiem „Dancers To A Discordant System” wytworzyli zabójczą atmosferę oczekiwania, która przerwana została przez niewdzięczne pomruku basu znane z „Mind´s Mirrors”. Kapela znów melduje się na scenie i w świetle reflektorów startuje z „In Death – Is Life” z ich najdoskonalszej płyty „Catch 33”. Tutaj nie ma omyłek, forma i dynamika wkracza na pole muzyki poważnej, przejawiając przy tym wszelkie kryteria, które lokują te dźwięki w niszy metalowej. To dość paradoksalne podejście, w którym Szwedzi stanowią niepodważalną klasę.

Niechęć (Bajkonur, Łódź – 18.04.2013)


Niechec

Zaczęli od “After You”. Od utworu, w którym to saksofonowe rzężenie generowane przez Maćka Zwierzchowskiego ulokowane zostało w opozycji do delikatnych poczynań reszty zespołu. Ale prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się w miejscu, gdzie mocno ekscentryczna, niepohamowana praca gitary ściera się z sekcją rytmiczną i podniosłym motywem pianina. Panowie dążą do jednego punktu i to się czuje!

Należy przy tym zaznaczyć, że kapela nie sili się przesadnie na zawiłości instrumentalne, za to wspólnymi siłami starają się znaleźć nowy jazzowym język, złoty środek łączący klasykę z zagrywkami świeżej daty. Kolejne dwa utwory zagrane przez zespół to premierowe kawałki, w których można się doszukiwać post-rockowego rodowodu. Z bólem serca muszę przyznać, że wypadło to dość tendencyjnie. Pomimo tego, że nowe utwory dysponowały mocnymi i dość łatwo przyswajalnymi motywami, to nie da się nie zauważyć, że kapela grała jakby pod publikę, miejscami ocierając się o szablon rockowej prostoty. Fragmenty, gdzie panowie starają się łączyć post rockowy impet z jazzową otoczką wypadały dość nieregularnie. A przecież Niechęć od zawsze bazowała na zgraniu poszczególnych formacji, które wzajemnie się uzupełniały. Ale dość już tych narzekań, gdyż koncert jako całość należy zaliczyć do udanych. Bardzo mocnym punktem imprezy był utwór “Taksówkarz”. Tutaj słowa uznania należy kierować w stronę sekcji rytmicznej. Kaczorek i Nowakowski grali z niewątpliwym wyczuciem chwili, osadzając poszczególne nuty w sposób radykalny, przy tym mocno chwytliwy. W sposób wyrazisty, rzucający się w oczy, ale równie mocno i napastliwie atakujący uszy słuchacza. I co godne podkreślenia, kapela ani na moment, ani na chwile nie straciła z pola “słyszenia” melodii. Występ był dość zróżnicowany. Chwila wyciszenia przyszła wraz z utworem “Fecaliano”, w którym to kapela chętnie korzystała z rozmazanych plam klawiszy, dzięki czemu przeniosła słuchacza w psychodeliczny, nieco odrealniony kierunek. Na bis zespół zagrał “Prozak” – nieco przearanżowany i zagrany mocniej niż na płycie, utwierdził mnie w przekonaniu, że jak im się chce to potrafią sypać konkretami. Wtedy też uczucie niechęci nie ma racji bytu.

Autopsy – Mental Funeral


autopsy-mental-funeral

Mental Funeral” musiał być dużym szokiem, dla fanów Autopsy. I to nie koniecznie pozytywnym. Po petardzie jakiej zaserwowali na debiucie “Severed Survival” wszyscy spodziewali się, że zespół pójdzie za ciosem i po raz kolejny uraczy drapieżnymi partiami instrumentalnymi. Tym czasem grupa postanowiła zagrać troszkę inaczej. Rozbudowane struktury, ciekawe aranżacje i sporo średnich, wolnych, a nawet doommetalowych temp – taki właśnie charakter ma ta płyta. Świetnie wypada tutaj perkusista Chris Reiferta, którego gra sprawia, że z pozoru proste i banalne riffy nabierają nadprzyrodzonej wartości. Już otwierający płytę – “Twisted Mass Of Burnt Decay” rozwiewa wszelkie wątpliwości – poprzez asymetrie rytmiczną, od czasu do czasu przedziera wijąca się w skurczach bólu gitara, a struny basu, są szarpane niczym cięciwa diabelskiego łuku. Płyta jest dużo lepiej zagrana, niż debiut – gołym okiem widać jak duże postępy poczynili gitarzyści – Eric Cutler i Danny Coralles. Słychać to przede wszystkim w solówkach. Z nagrań takich jak “Slaughterday”, “Robbing The Grave” czy “Destined To Fester” bije niespożyta, pierwotna siła. Osobny punktem programu po tytułem “Mental Funeral” jest jak dla mnie ósma kompozycja na płycie – “Hole In The Head”. Wyrazisty perkusyjny wstęp, mocne, zdecydowane i bestialskie riffy, by po chwili owinąć słuchacza doommetalową mgiełką. Kapitalny utwór. Równie ciekawie wypadają trzy ostatnie kompozycje na płycie – “Bonesaw”, “Dark Crusade”, a także utwór tytułowy. Pierwsza z nich to krótka – 45 sekundowa miniaturka muzyczna. Szaleńczy pościg perkusji i basu, przyprawiony energetycznym riffem. “Dark Crusade” początek typowy dla Autopsy potężne partie perkusyjne mogą zadziwiać, a nie mniej chore wizje przed słuchaczem roztaczają gitarzyści. Na samym końcu, zespół serwuję nam zaskakujący, liryczny, instrumentalny utwór, który tylko podkreśla nieokiełznany charakter całości. “Mental Funeral” to swoisty opus magnum Autopsy i wzór metalowego szaleństwa.

Cult of luna – Vertikal


vertikal1 

Szósty album Cult Of Luna „Vertikal” przedstawia zespół, który nie ugrzązł w nieporadnych czeluściach swojego stylu, ale skutecznie rozwinął temat. Poprzez użycie elektroniki kapela aktywowała nowe obszary muzyczne i chociaż niektóre kroki można uważać za wykraczające poza niwę sludge metalu, to Szwedzi w żadnym stopniu nie zatracili swojego dojrzałego, a zarazem osobliwego charakteru. Utwory są zbudowane w sposób naturalny, zdrowy i przejrzysty, bez najmniejszego śladu słabości. „Vertikal” to płyta, której można było się spodziewać po Cult Of Luna. Trop prowadzi słuchacza na skraj urwiska, gdzie zakończył się żywot, ich opus magnum – Somewhere Along the Highway. Klimat nagrań jest bardzo podobny. Na najnowszym wydawnictwie znalazło się kilka oczywistych nawiązań, niemal żywcem wyciętych z poprzednich płyt. Czy jest to jakieś wielkie nadużycie? Kto będzie szukał odniesień, z pewnością je odnajdzie. Na „Vertikal” nie ma żadnych rewolucyjnych rozwiązań, czy wywrotowych haseł. Panowie nie udają, że poczynili jakiś milowy krok do przód, jednak podskórnie daje się wyczuć, że Szwedzi będąc świadomi swoich ograniczeń, rozglądają się dookoła. Tam gdzie jest to jeszcze możliwe, umiejętnie naginają krawędzie muzyczne. Najlepszym przykładem na to jest In Awe Of – o starannie przygotowanym gitarowym podkładzie, z gwałtownymi zmianami tempa, a także soczystych i dosadnych ciosach perkusji. Spektrum palet i mnogość tematów pozwala kapeli uciec od rutyny. Takich smaczków nie brakuje również monstrum Vicarious Redemption, który trwa blisko dwadzieścia minut. W klarowny sposób zostały tu skontrastowane fragmenty pełne agresji z delikatnymi onirycznymi dzwiękami. Wrażenie robią tu też subtelne pauzy wiążące poszczególne harmonie w dorodny i jakże dojrzały okaz sludge metalu.

Liars – Sisterworld(…maksymalne dziwadła)


Jaki piękny jest ten album. Płyta na której pojawiają się tak genialne utwory, że nie raz przyjdzie nam mocno rozdziawić buzie ze zdziwienia. Sisterworld to muzyka, którą Liars dawkuje nam niczym kroplówkę w szpitalu. Ujarzmiona motoryka, wzbudza tylko łaknienie słuchacza na więcej i więcej. Amerykanie nic sobie z tego nie robią – dozują przyjemność, czasem oczywiście wypuszczą ją na powierzchnie, pokazując tym samym kosmiczny potencjał formacji. Może się wydawać, że Liars to taki zespolik z lekko przetrąconym kręgosłupem, który dopiero szuka swojej tożsamości. A płyta Sisterworld to album, którym Angus Andrew bada możliwości adaptacyjne swoich oddanych fanów. Często pozostawiając ich z szeregiem pytań bez odpowiedzi. Ale ten kto słucha uważnie „dozna” odpowiedzi na każde nurtujące go zagadnienie. A szukać należy najczesciej tam gdzie nikt się nie spodziewa. W tym właśnie tkwi ich fenomen. Kłamią, mamią, a i swojej piwnicy najpewniej mają pralnie brudnych pieniędzy. Nie zdziwiłbym się wcale. Kiedy, jednak robi się to w tak radosnym tonie, jak „The Overachievers” to o wybaczenie nie trudno. Cały album pomimo dość ponurej atmosfery, sprawia wrażenie luźno napisanej muzyki. Zagranej trochę nonszalancko, ale z wyczuciem post-punkowej, prymitywnej konwencji. I ta dźwiękowa liars’owa wulgarność, która nadaję muzyce rumieńców. Uwagę przykuwać może również poszerzone instrumentarium – bo i jest fagot, skrzypce też gdzieś przemkną – idzie się zauroczyć. Oni dobrze wiedzą, że granie głośne nie robi już wrażenia. Zdają sobie sprawę, że dopiero gdy skontrastują je z cichą i subtelną nutą, wszechświat na dłużej zapamięta nazwę zespołu, a może i o brawa się pokusi. Bo jak tu nie klaskać, jak leci sobie „Proud Evolution”. W miejscu gdzie kiedyś zespół rozbijał się o ścianę, teraz pojawiła się większa różnorodność i dramaturgia. Wszystko to uzyskane dzięki poszerzeniu palety barw, świateł i cieni. Nie każdemu to musi odpowiadać – mnie akurat mocno cieszy. Tym bardziej, że emocjonalna przestrzeń zgęstniała w konkretnych, a za razem pełnych rozmachu konstrukcjach utworu. Tak jak na przykład w „Goodnight Everything”, który powinien zakończyć całość. Cóż, wybrali inaczej – ja się nie mieszam.Każdy kto choć trochę zna ten zespół wie, że można ich porównać do złodziejskiej szajki. Liars to taki muzyczny Robbin Hood. Pomysły najczęściej podkradają tym bogatym (TV On The Radio, Radiohead), ale nie obchodzą się z nimi po macoszemu. Wręcz przeciwnie – tu dopieszczą, tam podrasują, zaopiekują się jak swoimi własnymi. I tak to właśnie działa. A póki powstają płyty takie jak „Sisterworld” niech kradną ile wlezie. Mają moje błogosławieństwo.

 

Julia Marcell (Fabryka, Kraków – 30.03.2012)


Jechałem do Krakowa, aby przekonać się, że na żywo Julia Marcell to też postać wyjątkowa. Artystka, która zachwyca nie tylko dziewczęcą świeżością, ale przede wszystkim na wskroś współczesnym brzmieniem i wysublimowaną wrażliwością, która wzmaga efekt zróżnicowania muzycznego. Nastroje, dramaturgia, dynamika i ciśnienie zmieniały się na koncercie, niczym pogoda na górskim szlaku. Trasa wybrana przez Julię zaliczała się do tych, malowniczych, ambitnych, pozostających w pamięci słuchacza na dłużej.

Wokalistka pokazała klasę w każdym rozumieniu tego słowa. Zaczęło się spokojnie od „Outer Space” z debiutanckiego albumu. To dość osobliwy rodzaj balladosnującej, leniwej kołysanki, wykonany przy akompaniamencie pianina i altówki obsługiwanej przez Mandy Ping-Pong. Utwór wprowadził publiczność w romantyczny i malowniczy klimat, który dość szybko został zburzony przez rześkie i uroczo słoneczne wykonanie „June”. Kawałek ten odegrany został w „pełnym” składzie. Na scenę wkroczyła sekcja rytmiczna: Jakob Kiersch zasiadający za perkusją i Thomsen Slowey Merkel grający na basie. Panowie grają prosto, bez zbędnych popisów, ale za to bardzo efektywnie, wpływając w znaczący sposób na efekt końcowy. Jak bardzo? Uświadomiłem to sobie, kiedy odegrali „Crows”. Utwór bogato zaaranżowany, z mocną i wyraźnie wysuniętą linią basową, znaczoną dość nerwową kreską przez Merkel’a. Tego wieczoru był to, jak dla mnie niezaprzeczalny numer jeden. Tuż obok, bez cienia wątpliwości postawić mogę brawurowo zagraną „Martioszka”. Tutaj rola wiodąca przypada w udziale perkusiście. Skupiony na grze, na tym co robi, zawadiacko pędził do przodu. Prawdziwy profesjonalista, ale i dżentelmen, który potrafi z wyczuciem przyhamować i przepuścić przodem kobietę. A Julia wie jak z takich okazji korzystać. Wie, jak zbudować zmysłową aurę. Połączyć radość i uciechę z samotnością. Rozwagę z odrobiną ekscentrycznego szaleństwa. Swoim śpiewem napełniała każdy centymetr sceny. Głos żarliwy, uwodzący ciepłem, śmiało z niespotykaną lekkością wyrabiający najtrudniejsze melodyczne zakręty, wzbudzał podziw i wszędobylski entuzjazm. Bisy? Dokładają trzy perełki z najnowszego albumu: „CTRL”, „Echo” i „Aye,Aye”, przy których to ten koncert osiągnął swoje taneczne apogeum. To był prawdziwy szał, który w naturalny sposób został wyciszony przez „Carousel”.

Mgła – With Hearts Toward None (…o zgrozo!)


 

Po jakże obfitych dla polskiej muzyki, zbiorach z poprzednich lat, na początku tego roku, brakowało mi powodów do nieskrepowanych zachwytów. Najnowsza płyta Mgły spadła mi z nieba. Już teraz można napisać, że „With Hearts Toward None” to album błyskotliwy, pełen wdzięku i niepowtarzalnego słowiańskiego wigoru. Odpowiadający przy tym na pytanie: ile brakuje im do poziomu światowej czołówki. O ile poprzedniczka nie do końca wyrabiała wyśrubowane normy, to najnowsze dzieło, bez najmniejszego problemu, osadza się na zmysłach słuchacza, szlachetnym ciężarem black metalu. Od razu pozwolę sobie na uwagę – dla tych którzy szukają przesadnie oryginalnych i eksperymentalnych dźwięków, płyta ta może się okazać tworem zbyt tradycyjnym, czy wręcz zachowawczym. Dla wszystkich fanów „mglistego” grania, będzie to spełnienie najskrytszych nocnych koszmarów – jest tu wszystko to do czego na przestrzeni lat przyzwyczaił nas ten zespół. Soczyste riffy, przepełniona pierwotna siłą, a także obłąkaną atmosferą, natchnioną jakaś mistyczną presją. Ten album nakłada potworną presje na słuchaczu. Dźwięki pomimo tego, że mają mocno dodatni ładunek, suną niczym artyleryjskie pocisk, nie dające się uchwycić przy okazji dość pobieżnego odsłuchu. Zwrócić należy również uwagę na produkcje: udało się stworzyć niepowtarzalny sound, zdecydowanie najlepsze w historii tej kapeli. Selektywna, a zarazem masywne brzmienie nie pozwala na chwile wytchnienia. Zdecydowanie mniej jest tu surowizny, a więcej nowoczesnej, mocno sugestywnej, przygniatającej wielowarstwowej artykulacji. Cały czas, czuć jednak, że to właśnie Mgła spowija nasze muzyczne niebo, napełniając powietrze upojnie melodycznym podmuchem gitar. Pięknych motywów, niespodziewanych melodii tutaj nie brakuje, ciekawie wypadają również przesterowane, niosące się na wysokości, wokale Mikołaja „M.” Żentary. Wszystko idealnie skondensowane, lecz budzące grozę, popartą przez wściekły pęd ku doskonałości. A ta już nieopodal…