Black Smoke, Torched, Bloki i Wieżowce, Tofu Riot- Żarty Żartami, Łódź (13.01.2018)


black smoke.jpg

Rok koncertowy rozpoczął się dla mnie z przytupem. To co wydarzyło się wczoraj w łódzkim klubie Żarty Żartami w ogólnym rozrachunku nie zmieściło się w granicach moich oczekiwań. To co usłyszałem tego wieczoru wyszło daleko poza nawias, który zakładałem. Zaczęło się od nieco nieśmiałej w swych poczynaniach ekipy z Rzeszowa – Tofu Riot, która na scenie rozpychała się w sposób street punkowy, ale przy tym bardzo rzeczowy i naturalny. Brakowało w tym być może większej brawury, zważywszy na to co działo się później w tym klubie, ale zdarzały się i tutaj momenty, które potrafiły zaangażować słuchacza. Łódzka formacja Bloki i Wieżowce wrzuciła jeszcze wyższy bieg. To co rzuciło się na słuch w pierwszej kolejności to świetna współpraca gitarzystów. Potrafili oni uchwycić swoimi zagrywkami punkty styczne między agresywnym punk rockiem, a zimną falą spod znaku Wież Fabryk. Ze swoich obowiązków znakomicie wywiązywał się też perkusista, który uczciwie równoważył brzmienie kapeli. Z pewnością nie jest to jeszcze najwyższe piętro muzycznego drive’u, ale widoki na przyszłość rysują się w jasnych kolorach. Kolejne dwie kapele, przybyły do Łodzi z Wrocławia. Pierwsza z nich – Torched od pierwszej do ostatniej nuty robiła profesjonalne wrażenie i bardzo szybko rozgrzała publikę. Duża w tym zasługa wokalisty, który wyszedł przed szereg i zaproponował aerobik dla wytrwałych. Ćwiczenia odbywały się przy akompaniamencie wściekłego, plującego jadem grindcore’u, promieniującego soniczną, niczym nieskrępowanej przemocą. Szybkie ujęcia, wartka akcja i brzmienie tej formacji to wartość, która ma prawo przytłoczyć, przy tym wryć się na trwałe w pamięć. Ale czy mogło być inaczej? Tam gdzie amok przeplata się z pierwotną siłą Nails, niewiele czasu potrzeba by rzucić na kolana. I to wszystko pomimo tego, że kapela dała krótki – około dwudziestominutowy koncert. Drugim reprezentantem województwa dolnośląskiego był Black Smoke, który od samego początku narzucił publice pożądany rejestr. Pod scena nieco się przerzedziło, co wcale nie oznaczało, że po sali hulał zimny wiatr. Znalazło się kilku maniaków, którzy docenili starania tej młodej wrocławskiej ekipy. Agresywny w swej wymowie sludge metal, który potrafi oczarować i zaprosić do tańca hardcore, jak i również wskrzesić iskrę w mrocznych doom metalowych partiach. Jest to widok z kategorii tych rzadkich do obserwacji szczególnie na polskiej scenie. Ogromne brawa za to należą się w pierwszej kolejności sekcji rytmicznej. Wątki podejmowane przez Piotr Hucał (bass) i Gniewko Świątek (perkusja) potrafiły przyprzeć do ściany. Już na płycie wydawali się bandą pewnych siebie graczy, którzy chęć muzykowania poparli nie tylko sprawnością instrumentalną, ale również intuicją w dobieraniu i scalaniu motywów z różnych stylistyk. Wszystkie elementy świetnie ze sobą współgrały i podtrzymały moje przekonanie, że o to mam możliwość obcowania z zespołem pozbawionym szablonów.

 

Silberman New Quintet – Pieśń Gęsi Kanadyjskich


silberman_new_quintetTen album wyhodowany został na paszy o wysokiej wartości odżywczej. Silberman New Quintet to formacja, która czerpiąc z jazzowej estetyki, potrafi zadbać o to, by ilość komponentów w karmidłach była odpowiednio wyważona. Panowie postarali się przy tym o bardzo równomierne rozprowadzenie rockowej treści, która dodaje tej płycie niezwykłej dozy chwytliwości. „Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to album, który z każdym kolejnym odsłuchem coraz to mocniej tuczył we mnie wrażenie, że oto obcuję z najlepszą polską płytą jazzową tego roku.

Zespół do niedawna funkcjonował jako trio, teraz poszerzył swój skład o kolejnych dwóch muzyków. Oprócz znanych z poprzednich wydawnictw: Łukasza Stworzewicza (perkusja), Mateusza Gawędy (fortepian) i Jakuba Mielczarka (kontrabas) na najnowszej płycie tej formacji można usłyszeć również Macieja Obara (saksofon altowy) i Artura Kudłacika (gitara basowa). Już przy okazji pierwszego utworu – „Ozjusz”, od razu wyczuwa się, że koncepcja „pogrubienia” brzmienia to bardzo słuszna droga rozwoju dla tej formacji, która toruje przed nimi spektrum nowych możliwości. Na przestrzeni tych czterdziestu minut, jakie trwa ten album, kapela podsuwa pod ucho słuchacza motywy, których Komeda by się nie powstydził. Są to akcenty wyważone, stanowiące raczej delikatną przyprawę podkreślająca smak poszczególnych kompozycji. Zdarza się im za to podjąć niemal w całości „Temat miłosny z La Strada”, nanieść na niego kilka rozbudowanych dialogów instrumentalnych, nasycić klawiszami, a to wszystko bez gubienia wcześniej podjętych tropów i bez żadnego uszczerbku dla myśli przewodniej. A przecież nie można zapominać o tym, że pomiędzy tymi kawałkami są jeszcze cztery równie ponętne utwory Szczególną sympatią darzę chyba najbardziej pikantny „Wołanie, czekanie, szukanie”, w którym to do głosu dochodzi kontrabas i zalicza kilka niezwykle urozmaiconych przejść i pomruków odbijających się szerokim echem na reszcie muzyków.Za to w kawałku „Czeladnik” kapela ucieka w free jazzową niesystematyczność. Daje się w tym wyczuć swobodę improwizacji, która nie jest nacechowana nachalnym wpychaniem stopy między drzwi. Z podobnych swobód Panowie korzystają w utworze tytułowym, gdzie w pełni świadomie operują kontrastem muzycznym pomiędzy drapieżnymi rockiem a w pełni wyrachowanym jazzem, uzyskując tym samym fusion, po którym można tylko dziób rozdziawić.„Pieśń Gęsi Kanadyjskich” to muzyka wyrazista, zagrana przez artystów, którzy doskonale poruszają się po szerokim spektrum stylistyk. Silberman New Quintet z każdym kolejnym albumem przybiera na wadze. Cieszyć się można, że tak szybki przyrost mięśni nie wiązał się z kastracją swojej unikalnej natury.

 

BNNT – Multiverse


bnnt-front-1500W muzyce, tak jak w życiu, nie brakuje hazardzistów. BNNT to rasowy gracz, któremu ciężko jest udowodnić blef, tym bardziej, że na „Multiverse” kapela obiera ton prosty, suchy, ale przy tym nad wyraz precyzyjny. Ekscentryczność jest tutaj szyta raczej cienkimi nićmi, a główny nerw tej muzyki jest wyczuwalny instynktownie. To płyta pełna złudzeń, na które w ostatnim czasie jestem bardzo łasy, z którymi naprawdę przyjemnie jest obcować i to pomimo tego, że są one zazwyczaj umiejscowione na granicy sporadycznego napięcia.

Panowie zachowując rytmiczną ciągłość, utrzymując wewnętrzna dyscyplinę, paradoksalnie potrafią utrafić w sedno muzycznej łobuzerki. Stawiają na mantryzm, w którym nie próbują maskować swoich braków, tylko je dodatkowo rozchwiać na boki i rozwarstwić, by na samym końcu utopić w kraut rockowym brudzie. W tym miejscu ponarzekać można trochę na nieco skostniałe użycie elektroniki, ale jest to ten rodzaj grzechu, który nie ma wpływa na wymowę całości. Tym bardziej, że BNNT to zespół, który nadal umiejętnie potrafi igrać z noise rockiem. Robi to tym razem w sposób bardziej awangardowy, niż mieli w zwyczaju. Zdarza im się wpuścić słuchacza w repetytywne maliny, a jak dobrze wiadomo, smak takich owoców docenia się z czasem. To wszystko z wyczuciem celu, a nie tylko dla samej zasady. Przy okazji tej płyty Konrad Smoleński i Daniel Szwed wyzbywają się resztek poczucia wstydu. Kiedy już koło obrotowe ruletki ruszy na dobre, przestają myśleć, zaczynają działać niemal podświadomie, a każdy ich kolejny dźwięk zostaje pogłębiony przez następny. Ten krążek to przykład na to, że umowna leniwość też może pobudzać zmysły, tym bardziej jeśli poparta jest atutami mocno okopanymi w muzycznej hipnozie. Z gitarą barytonową na czele, która rzuca na pokuszenie kilka soczystych, przesterowanych post rockowych fraz, by po chwili schować się za perkusją. Zestaw za którym zasiada Szwed nie należy może do najbardziej rozbudowanych, ale gdy wyrabiasz normę na takim sprzęcie, to raczej powód do dumy, niż do wstydu. Podobnie sprawy się mają z saksofonem Matsa Gustafssona, który mimo tego, że występuje tutaj gościnni, podbija stawkę, rzucając na stół żetony o wysokim nominale. „The Last Illiterate” najlepiej dowodzi, że zna się on na rozbudowanych podziałach matematycznych. W żadnym razie nie jest to przekręt pod publikę. Skandynaw w trymiga chwycił konwencję zespołu i nie robi tutaj za podwykonawcę, a za gracza w pełni świadomego rozwoju sytuacji na muzycznej planszy. Jego jazgotliwe partie to bardzo uczciwe dopełnienie tego skomasowanego krążka.

 

 

Laibach – Also Sprach Zarathustra


laibach_alsosprachzarathustra_coverPrzez ponad dziesięć lat zespół Laibach dawał mi niewiele powodów do tego by traktować ich nowe płyty jak coś więcej, niż muzyczną ciekawostkę. Albumy takie jak „Laibachkunstderfuge”, czy „SPECTRE” wspominam jak zbiór szkiców, które zostały wyciągnięte od zespołów z niższej klasy rozgrywkowej z okręgu elektro – industrialnego. To musiał być ogromny szok termiczny dla wielu fanów tego zespołu. Na szczęście najnowsze dzieło Słoweńców to powrót do standardów i materii muzycznej, z jakiej byli znani.

Zauważyć należy jednak, że Laibach nie pcha się po raz kolejny do tej samej rzeki, w której pływał za młodu. Formacja nie ucieka oczywiście od swojego awangardowego rodowodu, ale też nie epatują nim przesadnie przy każdej nadarzającej się okazji. Kapela swoją witalność odzyskuję przede wszystkim poprzez namaszczenie w dark ambiencie mocno już przyblakłych barw syntezatorów. Cenić można u nich również to, że potrafią milczeć w sposób jak najbardziej słyszalny. Pozwalają na to, by dźwięki wybrzmiały do samego końca. Zdarza im się oczywiście czasami nakładać na siebie kilka bardziej ordynarnych warstw, dzieje się tak chociażby w utworach „Das Gluck” i „Von Den Drei Verwandlungen”, ale przez większość czasu mamy tutaj do czynienia raczej z powolną muzyczną artykulacją. Aura całego albumu obarczona została niezwykle ciężkim, chropowatym, pierwotnym klimatem. Dla przeciwwagi kapela postarała się dodać kilka delikatnych, ale całkiem nośnych orkiestrowych wtrętów, które dosadnie wygładzają kanty kompozycyjne. Nawet jeśli niektóre frazy, czy też sekwencje analogów wydają się być przerysowane i wypowiedziane od niechcenia, to trzeba przyznać, że kapela trzyma się z dala od truizmu syconego patosem. Ciężko jest co prawda mówić w przypadku płyty „Also Sprach Zarathustra” o jakichś nadludzkich walorach, tym niemniej formacji udało się w końcu zbudować album posiadający kształty w pełni fabularnej opowieści działającej na wyobraźnię.

Merkabah – Milion Miles


a2159973640_10„Million Miles” to płyta, na której nie tylko chwile są piękne, ale i całe ciągi zdarzeń. Panowie tym albumem wypływają na otwarte morze. Na takich wodach, by czuć się w pełni bezpiecznie, nie wystarczy pełen magazynek, czy też biegłość instrumentalna. O wiele ważniejsza jest płynność z jaką poszczególni muzycy poruszają się między zawiłymi strukturami. Merkabah to zespół, który na przestrzeni ostatnich lat w tym względzie poczynił ogromne postępy. Z nieco nadsterownej łajby przeistoczył się w okręt zgrabnie poruszający się między metalową strukturą a free jazzem.

Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl po przesłuchaniu tej płyty to zrównoważenie. Ten album, jako całość, to twór barczysty i postawny, taki który budzi respekt. Na szczególne wyrazy uznania zasłużyła sekcja rytmiczna, która wykazuje się tutaj niemal militarną precyzją. Warszawiacy to wachta, która z niejednego dzbana rum piła, co wcale nie oznacza, że zawodowo zajmują się szmuglowaniem cudzych pomysłów. Oczywiście zdarza im się czasami zacumować w strefie wpływów King Crimson, ale robią to w sposób twórczy, próbując odnaleźć nowe wątki, które pasowałby pod ich metalowy kadłub. O tym, jak dosadnym i jędrnym w swojej grze jest perkusista – Kuba Sokólski, chyba nie trzeba już przypominać. To on nadaje tej muzyce odpowiedniej dynamiki, wykorzystując do tego swoją niezwykłą zwrotność, potrafi uwypuklić partie gitary, czy też kotwiczyć maniakalne frazy saksofonu. Solowe popisy Rafała Wawszkiewicza często przywodzą na myśl te grane przez Jørgen’a Munkeby z Shining. Szczególnie widoczne jest to w momencie kulminacyjnym utworu „The Lion’s Throat”. Riffy to też wyższa szkoła patroszenia, chociaż zapewne niektórym może w tej kwestii brakować większej ekscentryczności. Tym niemniej, warto jest docenić starania muzyków Merkabah, którzy z płyty na płytę stawiają na ciągły progres i do swojego repertuaru wrzucają nowe rozwiązania. Kapela zapędza się na coraz to bardziej rozszalałe morza, na których wielu poległo. „Milion Miles” to album, na którym daje się wyczuć coraz to większą rolę elektroniki. Jest to bardzo udany zabieg, który wydaje się otwierać przed kapelą łańcuch nowych możliwości. I choć Panowie nie odnaleźli jeszcze swojej skrzyni złota, to zainicjowali szereg przygód, które mogą przysporzyć wypieków na policzkach słuchacza i nie jest to efekt zbyt dużej ilości rumu, a przemyślanych i świadomych wyborów.

 

Anima Damnata – Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast


a2629134691_10Patrząc na polską ligową tabelę zespołów metalowych to Anima Damnata od zawsze sytuowała się w moim osobistym rankingu gdzieś lekko nad strefą spadkową. Na przestrzeni każdej ze swoich płyt potrafili oni rozegrać szybką kontrę, czy też pokusić się o kilka koronkowych akcji wyprowadzonych przez sekcję rytmiczną, co skutkowało tym, że w słuchaczu nie buzowało napięcie związane z uczuciem utraconego czasu. Po dziesięciu latach od ostatniego albumu, wracają z dźwiękami, które sytuują ich w gronie faworytów do mistrzostwa za rok 2017.

Ten awans to zasługa przede wszystkim dalszej i pogłębionej pracy u podstaw rytmiki. Panowie swoje atuty wykorzystują na całej szerokości muzycznego boiska. Kapela stawia tutaj zasieki, stosując wysoki pressing na słuchaczu, więc jeśli już zdecydujesz się posłuchać tej płyty szykuj się na to, że będziesz notorycznie poniewierany przez sekcję rytmiczną. Perkusista to gracz który nogi, a właściwie nóg nie odstawia siejąc spustoszenie w środkowej strefie boiska. Jest to postać centralna dla całego widowiska, swoje postulaty intonuje w sposób dobitny, donośny i w pełni klarowny. Technikę użytkową stawia nad efekciarstwo. Każdy trener chciałby mięć w swoich szeregach takiego gracza, który potrafiłby dyktować tempo nie przesadzając z ozdobnikami. „Nefarious Seed Grows To Bring Forth Supremacy Of The Beast” jako całość jest albumem o niezwykle zwartej konsystencji, a moc bezwzględna została tu uwypuklona przez produkcje za która był odpowiedzialny M z Mgły. Udało się mu nadać tej płycie ordynarnego brzmienia do tego stopnia, że ciężko jest znaleźć słabe punkty tego wydawnictwa. Tym bardziej, że Necrosodom z solidnego ligowca wspiął się na „international level„, a jego gitara rządzi na skrzydłach niepodzielnie. Potrafi on jednym riffem, przenieść środek ciężkości z dala od wszelkich podejrzeń. Oczywiście zdarza mu się czasami zagapić niektóre wzory zachowań jak ten z utworu „Your Life Is Cursed” który budzić może skojarzenia z Deicide, ale potrafi też przy tym dla niepoznaki dodać kilka black metalowych fraz pełnych delirki. Szaleństwa niektórym może za to brakować w jego solowych wycieczkach po gryfie. Z drugiej strony warto jest w tym miejscu przytoczyć słynne piłkarskie przysłowie „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Anima Damnata po prostu świadomie korzysta ze swojego doświadczenia, to bardzo ważne jeśli myśli się o grze o najwyższe cele. To ekipa skrojona pod zdobywanie najcenniejszych pucharów, stać ich na to!

Chryste Panie – Chryste Panie


a4265867479_10Chryste Panie to zespół, który wystrzega się zwiotczałego jazzu, niczym ognia piekielnego. Skuteczność z jaką kapela rozrzedza krew za pomocą kompulsywnego w swych poczynaniach saksofonu, barwiony przez syntezatorowe plamy jest tu godna najwyższego poklasku. Na pewno nie jest to łatwa muzyka w odbiorze i w jakimś stopniu trzeba się z nią zsynchronizować, dlatego też dla zrównoważonego bilansu słuchaczowi podawany jest punkt zaczepienia w postaci bardziej stonowanej gry perkusji.

Z początku dla zachowania równowagi trochę ponarzekam. Trzeba mieć niezliczone pokłady kreatywności w sobie, żeby na swoim debiutanckim krążku osadzić ponad sześćdziesiąt minut muzyki i ani przez moment nie znużyć nią słuchacza. Zdarzają się oczywiście momenty w których aż chce się wymigać od słuchania, ale są to przestoje, które nie mogą ważyć na obrazie całej płyty. Zgadza się, przydałby się lekki drenaż pomysłów, bo miejscami syndrom syntezatorowego przesycenia archaicznym brzmieniem może drażnić („Przejście”). Przyznać jednak należy przy tym, że Panowie potrafią wytworzyć wokół siebie yassową aurę tajemnicy, którą modelują na swoich regułach. To co nadaje tej płycie wyjątkowej estetyki to dźwięk barabanu Michała Stawarza, który funkcjonuje tutaj niczym sok trawienny, a każde jego kolejne nabicie stymuluje nowe, rytualne wyobrażenia. Kapela nie wstydzi się też zrzucić swój kraut rockowy płaszcz i działać w sposób iście ordynarny ponad podziałami rytmicznymi („Zajście”). Podkreślić należy, że bardzo spójnie tutaj przebiega proces transformacji muzycznej energii z jednego instrumentu na drugi. Wydaje się, że na takie niuanse bardzo mocno uwrażliwiony jest saksofonista Michał Małota, który szybko potrafi podchwycić trop narzucony mu przez kolegów i uzupełnić je o kluczowe sformułowania. Czasami potrafi on wskazać drogę słuchaczowi poprzez pojedynczy akcent, innym razem wytacza kilka niejednoznacznych sugestii, które w ogólnym rozrachunku prowadzą główną oś narracji. Ten album może i nie tworzy żadnej alternatywnej rzeczywistości, ale jest przepełniony frazami, które warto jest przytaczać.

Ugory – Wstręt


hqdefaultPrzy słuchaniu takiej muzyki wskazane jest zachowanie spokoju ducha. Mamy tutaj do czynienia z rasowym albumem, który jest pełen obskurnych fraz. Muzycznie „Wstręt” może odrzucać tych, którzy spodziewali się rozbudowanej fabularnie wypowiedzi. Wzór użyty do stworzenia tej płyty, ukryty jest pod powierzchnią post rockowej gleby, na tle której dark ambientowe wykwity są składnikiem w pełni pożądanym.

Ugory to kapela, która w pełni świadomie kontroluje swój rozkrok stylistyczny używając do tego w pełni namacalnych składników. Formacja zahacza o półki trip hopowe nawozem („4:20 matka wstaje”), z przyjemnością korzysta też z przyswajalnych elementów sludge metalowe („Chlew”). Kapela zazwyczaj korzysta przy tym z pełni reprezentatywnych składników, ale śpieszę zauważyć, że nie wpływa to w żadnym razie na obniżenie plonów. Śmiem nawet twierdzić, że jest to album lepszy niż ich ostatni długograj. Spryt, który jest tu poparty praca u podstaw przynosi wymierne efekty, a paliwem zwycięstwa jest tutaj kolektyw. „Wstręt” to album na którym muzycy działają w pełni zespołowo. Wyczuwalna jest tutaj wspólnota dźwiękowa, która daje słuchaczowi satysfakcjonujący posmak potrawy tworzonej na wyłączność. Cenić należy ich również za to, że kolejne przyczółki pod marsz zdobywają w sposób trzeźwy i wyrachowany. Panowie wykonują tutaj raczej małe kroki, wystrzegając się za to nagłych zrywów, dzięki czemu potrafią w sposób plastyczny połączyć chropowate, dronowe struktury z delikatnymi frazami wokalnymi Bibi („Engedj szabadon járnom”). Ugory może i czasami chwytają dwie sroki za ogon, ale dobrze wiedzą w którym momencie wybrać właściwą. Wściekle wyczekuję ich dalszych posunięć, z takim potencjałem i szybkością adaptacji na nowym podłożu stylistycznym jestem im w stanie wybaczyć nawet najbardziej ordynarny skok w bok.

Vysoké Čelo – Űrutazás


a3366638320_10Załogantom z Vysoké Čelo po okresie konfrontacji ze stylistycznymi przeciążeniami, udało się w końcu skalibrować tor lotu, który może im przynieść nie tylko chwilowy splendor, ale i cząstkę nieśmiertelności. „Űrutazás” to znakomity przykład na to jak tworzyć kosmiczny ambient, poparty przez elektronikę pędzoną na psychodelii i nie wywołać efektu dławienia się przy przeskokach między gatunkami muzycznymi.

Panowie nauczyli się jak kontrolować i radzić sobie z ciśnieniem, nie gnają na złamanie karku potrafią stopniowo i delikatnie przekierować uwagę słuchacza na punkty zaczepne i nie zadzierać przy tym nosa, trzymając się z dala od patosu. Każdy utwór z osobna posiada motyw przewodni, który jest respektowany z należytymi honorami, ale gdzieś w zakamarkach daje się zauważyć spawy łączące ambient z elektroniką w sposób nowoczesny. Formacja na tym wydawnictwie obrała szlaki komunikacyjne, które przepasane są folkowymi nutami. Ten pierwiastek po raz pierwszy w ich karierze został spożytkowany tak dobitnie i tak kusząco. Pozwoliło to kapeli oderwać się w pełni od szemranych powiązań i wzbić w górę ponad pułap imitacji. Zdarza im się oczywiście czasami wrzucić na jałowy bieg i dryfować wśród ambientowych kliszy, ale pod naszym wycinkiem nieba niewiele jest istot o podobnym potencjale i wyobraźni. W tłoku tych wszystkich zdarzeń M. i J. udaje się zachować ład i porządek, który nie zaburza i nie zakrzywia wcześniej obranego kursu. To album, który niesie z sobą takty, które są owiane psychodeliczną tajemnicą i to bez używania zaawansowanych halucynogenów, czy też przesadnych modyfikacji.

The Kurws – Alarm


36024621660_5f2c87effb_bPraca pod tytułem „muzyk” to nie sielanka. Pół biedy jeśli jest to projekt sygnowany tylko swoim nazwiskiem, gorzej sprawy się mają, kiedy chcesz stworzyć zespół i dobrać muzyków o podobnych, a przynajmniej zbliżonych zainteresowaniach stylistycznych. Wszystko po to, by czuć się w kapeli komfortowo i z niekrytą radością oczekiwać terminu najbliższej wspólnej próby. The Kurws wydaje się być zespołem, który na przestrzeni lat grając noise rocka, odnalazł w tym stylu zbiorowy interes i formę niewyzbytą z treści.

Krążek „Alarm” to płyta, która niszczy obiekt. Panowie nie stosując się do kodeksu pracy, nie znając przepisów BHP, prowadzą swój biznes na skraju kilku muzycznych rzeczywistości, często ocierając się o absurd ciężki do zdefiniowania. Grają już tak od blisko dziesięciu lat, a nikt im nie powiedział, że tak nie można, a przynajmniej nie wypada. Wrocławianie to mistrzowie kreatywnego księgowania, niepozbawionego jednak znamion agresji wywodzącej się z garażowego grania. Wszystko to sprawia, że wymuszenia i rozboje na tle jazzowym są tutaj na porządku dziennym. Ciężko jest zrozumieć, czemu tak mało osób w naszym kraju na to reaguje, przecież jest to granie nacechowane inwencją wykraczająca poza standard. Kapela pracując na akord potrafi w niebywale kreatywny sposób zaokrąglić rutynowe perkusyjne zagrywki, tak że aż szczęka opada i uszy kładzie się po sobie. Trudno jest się uodpornić na takie zagrania, szczególnie kiedy się podejdzie wystarczająco blisko. To muzyka pełna noise rockowej retoryki, osiąganej poprzez dysonans i „mimiczne” przebłyski poszczególnych muzyków, które powodują trzęsienia nie tylko na obrzeżach miast, choć właśnie tam dzwony biją najgłośniej. „Alarm” to krążek, który odbiera się podskórnie, na którym wstrząsy wtórne napędzane przez punktowe ataki saksofonowe są żartami rzucanymi na rozluźnienie. Zdarzają się ciężkostrawne suchary, ale jak na czterdzieści minut jest ich stosunkowo niewiele, bo Panowie dbają o dobrą atmosferę w pracy i ważą słowa na zamiary. Mam nadzieję, że kilka ciężkich głów po tym albumie poszuka na nich paragrafu, bo tak dalej być nie może. The Kurws to kapela, która odwala kawał „czarnej” roboty i zasługuje na publiczne uwielbienie. Ten ich psotny rock ma rację bytu na naszej szerokości geograficznej.