P*I*G – The Impulse Church

10fuckingstars-wordpress-com6The Impulse Church” to płyta, przy okazji której oddychanie pełną piersią to zadanie ciężkie do zrealizowania. Jest to album, który przy pierwszym kontakcie bardziej odrzuca, niż daje nadzieję na pełne zrozumienie. P*I*G oprowadza słuchacza po opuszczonym kościele, w którym to ostały się stare industrialne liturgie. Jednak zanim na dobre przystąpimy do ich odczytu, pojeni jesteśmy winem z domieszką, nieco niezrównoważonych neofolkowych nut smakowych. To ten rodzaj „zanieczyszczeń”, który może powodować halucynacje. Omamy spowodowane mogą być również tym, że sklepienia stylistyczne łączą się bardzo wysoko, gdzieś na granicy muzycznej abstrakcji, do której należy przywyknąć. Ten album jest pełen niespodzianek. Zdarza się wszak i tak, że gitara przybiera quasi noisowe tony, pod naporem których spróchniałe belki toczą drobinki kurzu na syntezatorowe plamy. Jakub-Monika Lampart, który odpowiedzialny jest za wszystkie dźwięki spowijające to wydawnictwo, dobrze wie jak korzystać z dark ambientowych, powłóczystych, nieskoordynowanych naleciałości. Ukrył je w zakamarkach kompozycji nadając im kształt powoli nacierających impulsów. Czasami kłuje to w uszy, czasami wprawia w ekscytację. Oddzielając jednak ziarno od plew, bardzo szybko można zrozumieć, że tego pierwszego jest na płycie zdecydowanie więcej. Uczciwa robota niepozbawiona znaków szczególnych.

 

 

Jakub Lemiszewski – Bubblegum New Age

lemiesz„Bubblegum New Age” to album trzymający się z dala od footwork’owych realiów. Najnowsze nagrania, które znalazły się na płycie Jakuba od dłuższego czasu ukryte były w „szufladzie”. Mam nadzieję, że bohater tej notatki posiada dobre zabezpieczenia na swoim komputerze, chroniące go przed ewentualną kradzieżą. Wielka szkoda by była, jakby tak dobry materiał wpadł w niepowołane ręce. Z drugiej strony skoro ktoś w tak kompleksowy sposób potrafi łamać muzyczne szyfry, zapewne dobrze wie, jak ubezpieczać swoje tyły.

Jakub Lemiszewski to łebski facet, który swojego działania nie ogranicza do jednej płaszczyzny. Ma oczy dookoła głowy, dzięki czemu potrafi szybko wysnuć szyk powiązań. Z luzem i znanym tylko sobie animuszem scala industrialne frazy z niejednorodną, syntezatorową pulsacją. Jakub nie startuje tutaj z pozycji wygłodniałego wariata, czy też desperata, który łapczywie chce wszystkiego dotknąć. Daleki jest on od zwodniczej symulacji. Stara się za to podświetlać słuchaczowi ścieżki poprzez perkusyjne wiadomości wysyłane w różnorodnym tempie. W odróżnieniu jednak do 2017 [nielegal], na którym dyktował szybkie taneczne kroki rozpalające podeszwy butów, na nowej płycie mamy do czynienia z raczej pasywną estetyką. Nie jest to jednak ten rodzaj bierności, z której można sobie stroić żarty. Być może i tętni gdzieś na obrzeżach, w zaciemnionym kącie skrywa ambientowe emocje, ale gdy nadarza się okazja to i w ryj może dać. Pismo muzyczne, którego muzyk używa miejscami może i ucieka w niewyraźnie kreślony ton, ale przy takim rozchwianiu stylistycznym było to niezwykle trudne do uniknięcia. Ten album może być przykładem na to, że w tak szerokim elektronicznym rozkroku udaje się złapać kilka srok za ogon. I jeśli nawet ta czwarta ucieka mu w popłochu, to robi to dopiero po ustanowieniu nowego rekordu na polskiej scenie.

 

Deszcz – III

Deszcz na dobre wyrósł z kompromisów. Poznaniacy na swojej najnowszej płycie proponują dźwięki, których kąt padania jest wartością zmienną, przy tym mocno zaskakującą. Rok po wydaniu pełnometrażowego debiutu, kapela wciąż wypada rześko pomimo tego, że w dużej mierze nawiązuje do crust punkowej przeszłości. Zawierucha jaką proponują poznaniacy na „III” to spełnienie marzeń dla tych, którzy cenią sobie twórczość His Hero Is Gone, przy tym też potrafią się wyluzować i zaakceptować nieco szorstką formułę Trap Them.

Formacji udało się poszerzyć spektrum swojego oddziaływania. Płyta zawiera siedem utworów i każdy z nich ma sowicie uwypuklony punkt kulminacyjny. Głównym źródłem napędu kapeli nadal jest gitarzysta. Kuba, to gracz wysokiej klasy, który już dawno nauczył się jak omijać crust punkowe pułapki. Potrafi siać z ukosa, trzymając się przy tym z dala od przesadzonej melodyjności. Stawia raczej na szybkie wyładowania, wyzwalające zmienną energie, która to przy pierwszej lepszej okazji nie rozmyje się w jednostajnej częstotliwości. Najlepszym przykładem niech będzie kawałek „Inflorescence” gdzie teatr działań, na którym porusza się gitarzysta jest niezwykle szeroki. Udało się również lepiej dopracować brzmienie. Szczególnie cieszy uwypuklenie sekcji rytmicznej, wszak na linii bas – perkusja też przytrafiają się zagrania na bardzo wysokim poziomie. Jest to silna ekipa, która w sposób wyrachowany korzysta z hardcore’owego, a czasami metalcore’owego pancerza. Fragmentami w ich grze słychać sporą dawkę Converge, ale są to elementy tak dobrze przyswojone i dobrane z takim wyczuciem, że ciężko jest się na nich gniewać. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie czuć w ich poczynaniach ociężałych muzycznych frazesów bez pokrycia.

Black Smoke, Torched, Bloki i Wieżowce, Tofu Riot- Żarty Żartami, Łódź (13.01.2018)

black smoke.jpg

Rok koncertowy rozpoczął się dla mnie z przytupem. To, co wydarzyło się wczoraj w łódzkim klubie Żarty Żartami w ogólnym rozrachunku nie zmieściło się w granicach moich oczekiwań. To, co usłyszałem tego wieczoru wyszło daleko poza nawias, który zakładałem. Zaczęło się od nieco nieśmiałej w swych poczynaniach ekipy z Rzeszowa – Tofu Riot, która na scenie rozpychała się w sposób street punkowy, ale przy tym bardzo rzeczowy i naturalny. Brakowało w tym być może większej brawury, zważywszy na to co działo się później w tym klubie, ale zdarzały się i tutaj momenty, które potrafiły zaangażować słuchacza. Łódzka formacja Bloki i Wieżowce wrzuciła jeszcze wyższy bieg. To, co rzuciło się na słuch w pierwszej kolejności to świetna współpraca gitarzystów. Potrafili oni uchwycić swoimi zagrywkami punkty styczne między agresywnym punk rockiem, a zimną falą spod znaku Wież Fabryk. Ze swoich obowiązków znakomicie wywiązywał się też perkusista, który uczciwie równoważył brzmienie kapeli. Z pewnością nie jest to jeszcze najwyższe piętro muzycznego drive’u, ale widoki na przyszłość rysują się w jasnych barwach. Kolejne dwie kapele, przybyły do Łodzi z Wrocławia. Pierwsza z nich – Torched od pierwszej do ostatniej nuty robiła profesjonalne wrażenie i bardzo szybko rozgrzała publikę. Duża w tym zasługa wokalisty, który wyszedł przed szereg i zaproponował aerobik dla wytrwałych. Ćwiczenia odbywały się przy akompaniamencie wściekłego, plującego jadem grindcore’u, promieniującego soniczną, niczym nieskrępowaną przemocą. Szybkie ujęcia, wartka akcja i brzmienie tej formacji to wartość, która ma prawo przytłoczyć, przy tym wryć się na trwałe w pamięć. Ale czy mogło być inaczej? Tam gdzie amok przeplata się z pierwotną siłą Nails, niewiele czasu potrzeba by rzucić na kolana. I to wszystko pomimo tego, że kapela dała krótki – około dwudziestominutowy koncert. Drugim reprezentantem województwa dolnośląskiego był Black Smoke, który od samego początku narzucił publice pożądany rejestr. Pod scena nieco się przerzedziło, co wcale nie oznaczało, że po sali hulał zimny wiatr. Znalazło się kilku maniaków, którzy docenili starania tej młodej wrocławskiej ekipy. Agresywny w swej wymowie sludge metal, który potrafi oczarować i zaprosić do tańca hardcore, jak i również wskrzesić iskrę w mrocznych doom metalowych partiach. Jest to widok z kategorii tych rzadkich do obserwacji szczególnie na polskiej scenie. Ogromne brawa za to należą się w pierwszej kolejności sekcji rytmicznej. Wątki podejmowane przez Piotra Hucał (bass) i Gniewko Świątek (perkusja) potrafiły przyprzeć do ściany. Już na płycie wydawali się bandą pewnych siebie graczy, którzy chęć muzykowania poparli nie tylko sprawnością instrumentalną, ale również intuicją w dobieraniu i scalaniu motywów z różnych stylistyk. Wszystkie elementy świetnie ze sobą współgrały i podtrzymały moje przekonanie, że o to mam możliwość obcowania z zespołem pozbawionym szablonów.

 

Watain – Trident Wolf Eclipse

Watain to zespół, który w moim odczuciu od „Casus Luciferi” zaczął muzykę traktować zbyt ogólnikowo. Ciągłe wciskanie recepty opartej o Dissection i Bathory to rozwiązanie, które w ich dłoniach w ogólnym rozrachunku wypadało zbyt patetycznie i niedbale, by na dłużej zagościć w mojej pamięci. Przy okazji „Trident Wolf Eclipse” coś drgnęło. To, w dużej mierze zasługa Pelle Forsberga, który przypomniał sobie o tym, że riffy czerpane od Mayhem do jego palców kleją się w sposób bardziej racjonalny. Zresztą cała brygada oprzytomniała i przestała grać po łebkach, wracając do czasu, kiedy to ich black metal trafiał w punkt i coś znaczył. Oczywiście nadal daje się wyczuć elementy przesadnego melodyjnego „gwiazdorzenia”, które ma zapewne porywać tłumy, a u mnie raczej psuje krew. Taki już jest ich heavy urok, którego pewnie nie wyzbędą się już nigdy. Akceptuje to i podaję dłoń na zgodę, fanów z początkowego okresu działalności grupy zachęcam do podobnych ruchów.